07 kwietnia, 2008

Sopranos w Poznaniu czyli rozmowa z wpływowym rodzeństwem

Dzisiaj zapraszamy na rozmowę Adama Fussa z przedstawicielami poznańskiego Startera Mariką i Honzą Zamojskimi.

Adam Fuss:Od czego zaczął się wasz projekt Stowarzyszenie STARTER ?

Marika Zamojska: STARTER powstał formalnie w 2005 roku - i w zasadzie to cały zespół kierujący nim: Magda Korcz, Ewa Dominiak, Anna Pięta, Honza Zamojski i ja czyli Marika Zamojska. Od maja 2007 prowadzimy wspólnie galerię na Jeżycach w Poznaniu. STARTER to też artyści, którzy z nami współpracują, robią u nas wystawy, wspieramy się nawzajem.

Honza Zamojski: No, w sumie to jesteśmy mafią, ale nie mów nikomu i jak się nam narazisz to wiesz, 6 feet under i nikt po tobie nie zapłacze.

A: Skąd więc pomysł? Jaką sztukę pokazujecie w Galerii STARTER?

H: Pomysł wziął się z prostej przyczyny. Nie było za bardzo gdzie pokazywać w Poznaniu, więc postanowiliśmy sami o to zadbać. Wspieramy też promocyjnie swoje działania nawzajem, a przynajmniej mam taką nadzieję. Jeżeli np. Radek Szlaga coś pokazuje w innym mieście, to też o tym informujemy, ale i Szlaga zająknie się o STARTERZE.

M: Pokazujemy przede wszystkim artystów młodych, znajomych i wywodzących się z poznańskiego środowiska. Teraz postawiliśmy też na "gwiazdy". Właśnie trwa wystawa Iwo Rutkiewicza, w maju współorganizujemy festiwal No Women No Art i pokażemy projekty specjalnie przygotowane dla STARTERA: Moniki Drożynskiej i Zorki Wollny, a na jesieni będzie projekt Wojtka Doroszuka.

H: No, a w czerwcu kontynuacja projektu z zeszłej jesieni, czyli WE GO FAR BEYOND, ale poza samą galerią.

M: Interesują nas też wystawy, które coś analizują, takie, choć to okropne słowo, "problemowe"- w marcu zaprezentowało się u nas 6 artystów ze Stuttgartu i jeden z Berlina - było jodłowanie i mierzenie się ze stereotypami.

A: Co to jest za budynek w którym mieści się Galeria Starter? Jaka jest jego historia?

H: Moglibyśmy powiedzieć, że specjalnie wybraliśmy kamienicę w starej części Poznania, gdzie historia miesza się z teraźniejszością itd...Po prostu nic innego nie udało się znaleźć.

M: Nieprawda!!! to był czysty przypadek i tak zostało, nie planowaliśmy własnej galerii, a wcześniej pracowaliśmy w innych przestrzeniach. A że miejsce jest przepiękne to wszyscy nam zazdroszczą.

A: Zmiana lokalu?

H: Niewykluczone, że niedługo będziemy zmuszeni szukać czegoś lepszego, bo "naszą" kamienicę czeka generalny remont. I pewnie będziemy szukać nietypowej przestrzeni, którą będzie można wielokrotnie wykorzystywać i inspirować się nią.

M: Przestrzeń w kamienicy daje ogromne możliwości, każda nasza realizacja jest zupełnie inna.
Możemy tez kierować ruchem, narracją w dwie strony. Mieszkanie - ok 200 m2 - ma dwa wejścia, mamy też miłe sąsiedztwo - starych lokatorów i sex shop w bramie.

A: Pokazujecie też tubylców z zagranicy. Jak oni się u was czują?

H: Oni się u nas czują znakomicie. Jak to w Poznaniu. Po prostu staramy się za każdym razem traktować gości tak jakbyśmy sami chcieli być traktowani na zewnątrz. W miarę naszych możliwości finansowych, ale maksymalnie. Nie słyszałem jeszcze, aby gość czuł się u nas źle albo nieusatysfakcjonowany z miejsca i warunków do pracy, a skoro nie narzekają to chyba jest dobrze.

M: np. Matthias Wermke był już u nas dwa razy.
A: Czemu warto go zobaczyć?

M: Bo bez nas, czyli STARTERa nikt by go nigdy u nas nie pokazał, a jest artystą robiącym niesamowite filmy, czystej wody niemiecki romantyk.

H: Powiedzmy sobie szczerze, Poznań, z małymi wyjątkami, nie mógł się pochwalić jakimiś wyjątkowymi wystawami, inicjatywami, projektami. Jest wielu zdolnych, młodych, miłych i smutnych artystów, którzy jeszcze w Poznaniu nie byli pokazywani, a my staramy się to nadrabiać. Nie pokazujemy zazwyczaj rzeczy, które już gdzieś były do obejrzenia. Większość z projektów i wystaw jest przygotowywana specjalnie dla STARTERa i do tej przestrzeni.

M: Ale powoli, razem z Galeria ON, którą prowadzi teraz Krzychu Łukomski i z awangardowa odnogą Arsenału reprezentowaną przez Michała Lasotę i jego Fundację Transmisja łączymy siły, wspierając się i współpracując w miarę możliwości…

H: …wprowadzając na poznański grunt standardy z Rodziny Soprano, zawieramy sojusz między poszczególnymi rodzinami mafijnymi.


A: Jako artysta i kurator, wraz z Michałem Lasotą opracowałeś projekt We Came From Beyond. Podobno pracujesz nad jego kontynuacją? Co to będzie?

H: Na razie jest to w fazie zaawansowanego projektu, zbieram uczestników i ogarniam logistykę. Mogę tylko powiedzieć, że w jakimś stopniu będzie to kontynuacja projektu WCFB, który robiliśmy na jesieni 2007. Teraz tytuł będzie inny. No i po wszystkim, czyli na początku lipca, zabieram się za składanie książki, która podsumuje oba projekty: WE CAME i WE GO. Już nic więcej na temat WGFB, bo zdradzimy zagadkę.


A: Jak oceniacie, co jest waszym największym sukcesem, jeżeli chodzi o STARTER?


M: Zasadniczo chyba to, że w dosyć krótkim czasie coś udało się nam zrobić fajnego- mamy miejsce, mamy już jakąś publiczność, i już jakiś label.


H: No właśnie, to Polska, a nie elegancja Francja, skoro naszym sukcesem jest to, że jesteśmy. To największy sukces.

A: Kończysz poznańską ASP. Jak z perspektywy oceniasz możliwości uczelni ?

H: Hmmm, trudne pytanie. Chlapnę coś jęzorem i będę miał przechlapane na dyplomie, ale, na tle innych ASPów, poznańska wypada całkiem dobrze. Oprócz standardowych problemów studenckich, jakie każdy studiujący ma na każdej uczelni, to chyba o wyjątkowości i sile tej uczelni decyduje kilka silnych osobowości. Do niedawna był jeszcze Jerzy Kałucki, ale przeszedł na emeryturę. Został Jarosław Kozłowski, jest cała masa młodych asystentów, którym się jeszcze chce i którzy, tak naprawdę mają największy wpływ na uczelnię. No i jest beton uczelniany, stare dziady, ale to jest wszędzie i zawsze. W każdym bądź razie jest w czym wybierać i jak nie chcesz dać się zabetonować to się nie dajesz.


A: Ty nie dałeś się? Jak się udało? Jaki cel sobie postawiłeś?

H: No wiesz, trzeba robić żeby zrobić. Always nonstop.

A: Twoje działania. Efemeryczne, nieprzewidywalne, enigmatyczne. Jaka jest sztuka którą uprawiasz? po jakie media sięgasz ?

H: Coraz częściej łapię się na tym, że im bardziej się zastanawiam tym mniej rozumiem słowo sztuka, więc staram się nie używać tego słowa. Nie wiem czy to co robię to sztuka, dlatego że ktoś tak powiedział, albo że studiuję na ASP. Jednym słowem, staram się robić rzeczy, które mnie zaskoczą i które zaskoczą kogoś kto je zobaczy, kogoś kto przez przypadek się na nie natknie.
Lubię myśleć o tym co robię w kategoriach potencjalności. Że coś może się wydarzyć, ale nie musi.

A: Który z dotychczasowych projektów uważasz za trafiony? Co ci się sprawdziło ?

H: Trudno mi oceniać własne pomysły, chociaż oceniając innych jestem równie nieobiektywny. Lubię skarb, który zakopałem z Žilinie na Słowacji, w ramach wystawy Nigdy nie było lepiej. Lubię kilka swoich obrazów, ale dosłownie kilka. Lubię film który pokazywałem na WCFB, ten z konikami....A teraz jestem strasznie zajarany pomysłem, który już zacząłem realizować. Kolejny skarb, ale tym razem z inną zawartością. Ale chyba najbardziej jestem zadowolony z WCFB, z całości. Z tego że udało się zebrać grupę ludzi, którzy wydobyli na zewnątrz właśnie tą potencjalność mieszkania, w którym mieści się Galeria STARTER. Mam nadzieję, że przy WGFB będzie równie dużo zabawy i pracy.


A: Potencjalność o której wspomniałeś. Jaka ona jest, do czego prowadzi, czemu ma służyć w twoich rękach ?

H: Chodzi o to aby nie stawiać oglądającego w sytuacji bezpośredniej, linearnej. Aby czasem sam, zupełnie przez przypadek, znalazł się oko w oko z tym co przygotowałem. Nie lubię robienia "do szuflady", wolę przygotować jakiś projekt w taki sposób, aby zaistniał choć cień szansy na konfrontację. Skoro wszystko jest możliwe, to czemu tych szans nie wykorzystywać.

A: Więc dzięki potencjalności konfrontujesz - czy z góry zakładasz problematykę, której dotknąć chcesz?

H: Hmmm, jest parę rzeczy, które mnie interesują. Absurdalność tzw. sztuki, jako jakiegoś sytemu. Nostalgia. Nie zakładam problematyki kolejnego projektu. Raczej opieram się na pewnych emocjach, które potem staram się jak najlepiej przełożyć na wizualny efekt końcowy.

A: Zatem czujesz się wolny w tym co robisz ?

H: Chyba tak, nie czuję ciśnienia że coś muszę. Może to się zmieni jak tylko skończę studia, ale jak na razie staram się po prostu wykorzystywać maksymalnie czas i możliwości jakie mam.

A: Brzmi bardzo dobrze.

Zdjęcia – wnętrze galerii Starter, autor Kamil Strudziński

Stowarzyszenie STARTER, http://www.starter.org.pl/
Galeria Starter, ul. Dąbrowskiego 33, Poznań.

04 kwietnia, 2008

Część kolekcji Ileany Sonnabend sprzedana

W ostatnich dniach miała miejsce największa w historii jednorazowa sprzedaż dzieł sztuki z pojedynczej kolekcji – spadkobiercy legendarnej dealerki Ileany Sonnabend (zmarła w październiku ubiegłego roku) sprzedali w dwóch transakcjach prace, m.in. Warhola, Koonsa, Lichtensteina i Cy Twombly za łączną sumę 600 milionów dolarów.
W latach 60 i 70 Ileana Sonnabend wraz z pierwszym mężem, Leo Castellim, stworzyła jedną z najbardziej wpływowych par w świecie sztuki. W ich galeriach w Nowym Jorku i Paryżu wystawiali m.in. Warhol, Rauschenberg, Baselitz, Oldenburg, Gilbert&George czy Christo.
Prace z kolekcji Ilony sprzedają jej dzieci, aby zapłacić podatek od spadku. Długo zastanawiali się, czy się na to zdecydować, ale w końcu podjęli taką decyzję. Miesiącami wokół nich chodzili wielcy handlarze sztuką – domy aukcyjne Sotheby’s i Christie’s, czy dealerzy – Gagosian, Acquavella czy Segalot.
W końcu udało się dwóm grupom – konsorcjum GPS (czyli francuscy dealerzy Giraud-Pissarro-Segalot) oraz wielkiemu Larry Gagosianowi. Oczywiście kupili oni prace albo dla konkretnych klientów albo do dalszej sprzedaży.
Podejrzewa się, że konsorcjum GPS najprawdopodobniej działało dla takich kolekcjonerów jak Francois Pinault (kolekcjoner, właściciel Christie’s, nr 1 w świecie sztuki według „ArtReview”), izraelski kolekcjoner Sammy Offer czy jeden najbogatszych ludzi na świecie, Carlom Slim Helu z Meksyku. GPS kupiło najciekawszą część prac do sprzedaży, w tym m.in. wczesną rzeźbę „Rabbit” (z 1986 roku) Jeffa Koonsa, obraz Roya Lichtensteina „Eddie Diptych”,

„Blue Room” Cy Twombly oraz „Silver Disaster” Warhola, z serii krzeseł elektrycznych.
Gagosianowi zostały prace Andy Warhola, w tym m.in. „Four Marilyns”, dwa portrety Elizabeth Taylor czy mniejsze prace z serii „Death and Disaster”. Nie wiadomo, kogo mógł reprezentować Gagosian – podejrzewa się amerykańskich i rosyjskich kolekcjonerów.
Duża część wartej ponad miliard dolarów kolekcji pozostanie w rękach jej spadkobierców – w tym najsłynniejsza praca – „Canyon” Roberta Rauschenberga z 1959 roku – czyli obraz i rzeźba w jednym, będąca w kolekcji nowojorskiej MOMA.

03 kwietnia, 2008

Roller-caster czyli słaba sprzedaż prac polskich artystów na aukcjach

Bardzo słaba sprzedaż prac polskich artystów na aukcjach w Christie’s (w Londynie i Nowym Jorku) oraz Phillips de Pury w Nowym Jorku. Nie sprzedały się prace Wilhelma Sasnala (rysunki), zestaw obrazów Rafała Bujnowskiego, fotografia Piotra Uklańskiego, obraz Pauliny Ołowskiej, a figurki Pawła Althamera zostały wycofane z aukcji. Pozostałe sprzedane prace też nie osiągnęły wysokich cen, podobnie jak większość prac na aukcjach po obu stronach oceanu. Jednak nadciąga spowolnienie?
W Phillips de Pury były wystawione cztery rysunki Wilhelma Sasnala z estymacjami 25-30 oraz 25-35 tysięcy dolarów każdy. Nie sprzedał się żaden. Z kolei obraz, pochodzący z kolekcji Charlesa Saatchiego, wystawiony z estymacją 40-60 tysięcy dolarów, sprzedał się w cenie 51.400 dolarów (czyli 115 tysięcy PLN).
Za górną granicę nisko ustawionej estymacji (4-6 tysięcy dolarów) sprzedał się obraz Rafała Bujnowskiego z serii „Bliźniaki” (6 tysięcy dolarów czyli 13,5 tysiąca PLN).
Nie sprzedała się fotografia Piotra Uklańskiego „Haze” (estymacja 40-60 tysięcy dolarów).
Jeszcze gorzej było na londyńskiej aukcji. Jedyną pracą polskiego artysty, jak sprzedała się na tej aukcji był rysunek Wilhelma Sasnala.
Miał on estymację 3-5 tysięcy funtów, a sprzedał się za 3.750 funtów (czyli 16,5 tysiąca PLN). Nie sprzedała się seria czterech obrazów Rafała Bujnowskiego z serii „Satelity” (estymacja 8-12 tysięcy funtów), ani obraz Pauliny Ołowskiej „Incident After the Concert” (estymacja 4-6 tysięcy funtów). Z aukcji zostały wycofane figurki przygotowane przez Pawła Althamera.
Nie tylko polska sztuka sprzedawała się słabo na aukcjach w Londynie i Nowym Jorku. Generalnie aukcje wokół Armory Show poszły słabo. W związku z tym znów powróciły ciemne chmury nad rynkiem sztuki rozwiane na chwilę dobrą sprzedażą prac na Amory Show.

01 kwietnia, 2008

Zauważalna obecność polskich artystów na Armory Show

Na targach Armory Show, tak jak już pisałem, polskich galerii nie było. Ale nie znaczy to, że nie było polskich artystów. A jakże byli – w większości „reprezentanci” głównego nurtu targów, czyli malarstwa. Piotr Janas, Wilhelm Sasnal, Jakub Julian Ziółkowski, Adam Adach, Wawa Tokarski, Sławomir Elsner i jedyny w tym towarzystwie nie-malarz – Robert Kuśmirowski – prace tych artystów można było znaleźć na Pier 94 w Nowym Jorku, gdzie odbywały się targi.

Piotr Janas miał niedawno wystawę indywidualną w nowojorskiej galerii Bortolami – bardzo dobrze przyjętą i oczywiście zakończoną sprzedażą wszystkich prac. Dlatego na stoisku tej galerii wisiał tylko jeden obraz polskiego artysty w cenie 25 tysięcy dolarów. Miał już wstępną rezerwację. Prace Janasa miała też w swojej ofercie galeria Giti Nourbakhsch z Berlina.
Z kolei Jakub Julian Ziółkowski w ciągu najbliższych kilku miesięcy będzie miał kolejną indywidualną wystawę w reprezentującej galerii Hauser&Wirth – tym razem nie w londyńskiej siedzibie, ale w Zurychu.

Dlatego Hauser&Wirth do Nowego Jorku przywiózł sporo prac tego młodego polskiego artysty. 3 duże prace na papierze (w cenie 10 tysięcy dolarów), 2 mniejsze (po 6.500) oraz obraz olejny średniej wielkości za 15 tysięcy dolarów. Trzeba przyznać, że po raz kolejny Kuba nas zaskoczył. Jego nowe prace, szczególnie te na papierze, są zaskakująco inne od dotychczasowych - w pierwszej chwili miałem wątpliwości, czy to aby na pewno prace Ziółkowskiego. Ale są naprawdę bardzo dobre. To samo uważali amerykańscy kolekcjonerzy, dla których nazwisko Ziółkowski jeszcze niewiele mówi.

Gdy rozmawiałem z galerzystami z H&W, właśnie sprzedali obraz olejny. Sprzedana lub zarezerwowana była większość rysunków. „Jakub Julian Ziółkowski powoli staje się popularny w Nowym Jorku, na pewno będzie popularniejszy po pokazie kolekcji Susan i Michaela Hortów” – zauważył galerzysta. W kolejnych dniach targów Hauser&Wirth zdjął sprzedane prace polskiego artysty i powiesił nowe. Te również w większości się sprzedały. Na koniec targów wisiały już tylko 3 niesprzedane niewielkie prace na papierze po 6.500 dolarów za sztukę. Oto jedna z tych prac.



Fundacja Galerii Foksal momentalnie sprzedała za 8 tysięcy euro na ubiegłorocznych targach Art. Basel rzeźbę Roberta Kuśmierowskiego przedstawiającą niemowlę w beciku z…cementu. Podobną pracę Kuśmirowskiego pokazała w Nowym Jorku niemiecka galeria Johnen+Schoettle. Z tym, że nieco większa rzeźba niż na Art Basel, kosztowała już 15 tysięcy euro.



Na stoisku belgijskiej Bob van Orslow Gellery można było zobaczyć wielki obraz Wawrzyńca Tokarskiego.
Amerykańscy kolekcjonerzy rozpoznają już styl Wilhelma Sasnala. Gdy staliśmy na stoisku Anton Kern Galery co chwilę słychać było: „Oooo Sasnaaal” (tak się tu wymawia jego nazwisko).


Niestety dla kolekcjonerów wszystkie obrazy Wilego zostały sprzedane w pierwszej godzinie targów za ceny od 40 do 75 tysięcy dolarów. Również prace Sasnala prezentowane na stoisku Hauser&Wirth znalazły nabywców – w tym duży rozcięty czarny obraz, przypominający prace Lucio Fontany. Sprzedany został za 85 tysięcy dolarów.



Wiedeńska galeria Nachst St. Stephan zawsze przywozi na targi prace Adama Adacha. I nie inaczej było i tym razem.


Na bocznej ścianie stoiska wisiał duży obraz „Franzoesische Strasse” z 2007 roku, a wisiał na tle ściany wyklejonej gazetami na tema przemocy, nienawiści rasowej (m.in. Rzeczpospolita, Gazeta Wyborcza, New York Times czy Der Standard) z wyciętymi zdjęciami. Z kolei w kantorku wisiały dwa inne obrazy tego artysty, znane z warszawskiej wystawy w Zamku Ujazdowskim w ubiegłym roku.
Galeria Gebr. Lehman z Drezna sprzedawała prace Sławomira Elsnera.


Były to bardzo poszukiwane na rynku obrazy z serii Panorama, w której artysta przemalowuje zdjęcia z wydań tygodnika „Panorama” z 1976 roku (rok urodzin artysty). Trzy obraz z tej serii z 2008 roku można było kupić w cenie od 9 tysięcy dolarów (mały obrazek) do 25 tysięcy dolarów.


Inne obrazy z tej serii były dostępne na stoisku innej galerii reprezentującej artystę urodzonego w Wodzisławiu Śląski, a mieszkającego w Berlinie – Sutton Lane z Londynu.
A z kolei w niemieckiej galerii Johnen+Schoettle oprócz obrazów z „Panoramy”
były także znane z wystawy w warszawskim Rastrze rysunki z serii „Untitled Film Stills” nawiązującej do słynnej pracy Cindy Sherman. Z tym że rynki „odbywają się” chwilę przed lub chwilę po naciśnięciu migawki aparatu – bo z kadru wparowała postać samej Sherman, ale za to pojawiają się inne nieznane ze zdjęć postacie czy przedmioty – jak na przykład pies.
Jeżeli dodamy do tego rozpoczętą właśnie podczas targów wystawę Piotra Uklańskiego „Biało-czerwona” w siedzibie słynnej galerii Gagosian w Chelsea (o tej wystawie też napiszemy), to okaże się nasza obecność jest już widoczna podczas bardzo dobrych targów nawet wtedy, gdy nie ma polskich galerii…..


Dziękuję bardzo Wojtkowi za "update"i zdjęcia z ostatnich godzin targów Armory Show. A pod koniec tygodnia zapraszam na relację z otwarcia kolekcji Susan i Michaela Hortów.

31 marca, 2008

Armory Show - kryzys? Jaki kryzys?

„Kryzys? Jaki kryzys?” – pytała na pierwszej stronie gazeta „The Art Newspaper”, komentując sprzedaż prac podczas pierwszych dni targów. Jeśli te targi miały być testem, jak zachowuje się rynek sztuki najnowszej, to ten test wypadł pozytywnie. Prace sprzedawały się bardzo dobrze, galerzyści byli zdumieni ilością klientów, aby dostać się w sobotę na Armory Show trzeba było odstać w kolejce grubo ponad godzinę, a później przeciskać się w tłumie w wąskich korytarzach. Słaby dolar spowodował dużo większą niż zwykle aktywność (i obecność) kolekcjonerów z Europy czy Azji.

Ale oczywiście – jak to zwykle bywa rzeczywistość nie jest tak różowa, jak wygląda na pierwszy rzut oka. Bojąc się kompromitacji galerzyści dobierając ofertę na Armory Show wybierali, jak już pisałem, przede wszystkim „bezpieczne” malarstwo. Dzięki temu było bezpiecznie, ale również… bez fajerwerków. Wpływowy „New York Times” w relacji z pierwszego dnia targów odwołał się nawet do sloganu obecnego na plakatach we wszystkich wagonach metra. Slogan nawołuje do powiadamiania metra i policji o przestępczości, a brzmi „If you see something, SAY something”. I to też prawda o 10, jubileuszowych już targach Armory Show.

Oczywiście można zrozumieć galerzystów, którzy po upadku banku inwestycyjnego Bear Stearns kilka tygodni temu zastanawiali się, czy w ogóle przyjechać do Nowego Jorku, że wybrali bezpieczną ofertę. Mimo tych krytycznych uwag, wiele prac zwróciło uwagę zarówno kupujących, jak i krytyków.
Bardzo ciekawą ofertę przedstawiła galeria Arndt&Parner z Berlina. Przy wejściu do galerii można było zobaczyć znakomitą rzeźbę Thomasa Hirschorna z 2007 roku zatytułowaną „Tool Table”, a przedstawiającą ręce trzymające różne „narzędzia pracy” od książek i traktatów filozoficznych, po młotki, piły. Wszystkie te narzędzia – od zwykłego młotka, poprzez Szekspira, Normana Mailera czy Nietzschego, potrzebne artyście do życia, znalazły się w tej monumentalnej instalacji. Praca została zarezerwowana do jednego z muzeów za 180 tysięcy dolarów.
Wewnątrz stoiska galerii było równie ciekawie. Można było zobaczyć na przykład serię 9 zabawnych i mądrych rysunków z serii „Misbehaving stories” bułgarskiego artysty Nedko Solakova (świetna obecność w Kassel), a także obraz tego artysty ze znakomitą historią na temat dwóch braci.
Z kolei w drugim kącie stała wytatuowana świnia szalonego belgijskiego artysty Wima Delvoye (pisaliśmy ostatnio o jego pomyśle wytatuowania człowieka).

Na stoisku nowojorskiej galerii Lombard Fried Project wyróżniała się ściana złożona z 500 ręcznie narysowanych przez rumuńskiego artystę Dana Perjovschi “pocztówek” z pobytu tego artysty w USA w latach 90. Perjovschi, wtedy początkujący rysownik, przebywał wtedy w Ameryce na stypendium USIA. Efektem tego pobytu jest ten zestaw „pocztówek”, oczywiście jak to u Perjovschiego, z zabawnymi i celnymi uwagami na temat życia, zwyczajów i, oczywiście, sztuki.
Pocztówki robią olbrzymie wrażenie – zostały też zauważone przez targową gazetę „The Art Newspaper” – znalazł się w niej artykuł o artyście i jego projekcie pod tytułem „Dan Perjovschi: rumuńskie pocztówki znad krawędzi”. Perjovschi jest bardzo popularny w USA, miał tu kilka dużych wystaw, choćby w nowojorskiej MOMA czy w Walker Arts Center w Minneapolis. Praca Pejovschiego kosztowała 125 tysięcy euro (została zarezerwowana przez jedno z kalifornijskich muzeów), ale już za 1200 euro można kupić wydaną wtedy książkę (dziś niedostępną na rynku) z dołączonym oryginalnym rysunkiem artysty. Takich książek galeria „wyprodukowała” 50.
David Kordansky Galery z Los Angeles pokazała między innymi rzeźby bardzo modnego obecnie artysty Thomasa Hauseago (jego praca jest również w kolekcji Susan i Michaela Hortów, o czym napiszemy w następnych dniach). Dwie rzeźby tego artysty sprzedały się za 40 tysięcy dolarów w pierwszej godzinie targów.

Na stoisku nowojorskiej galerii Paul Kasmin można było znaleźć dziwną instalację autorstwa Annette Lemieux, zatytułowaną „Come Join In”. Całe stoisko wyglądało jak wielka obora, na ścianach było 18 obrazów stworzonych techniką sitodruku przedstawiających fragmenty zdjęć słynnego amerykańskiego fotografika dokumentującego erę Wielkiego Kryzysu, Walkera Evansa. Na środku stała krowa, zrobiona z włókna szklanego. Na stole było też mleko i szarlotka, którą można było się częstować. Artystka tworząc tę pracę specjalnie na Armory Show, chciała, jak sama mówiła, rozładować nieco nadętą atmosferę targów i przyciągnąć do stoiska zwykłych ludzi. Mogli oni z tej wystawy już za dolara kupić naklejkę na zderzak (jak wiemy rzecz ultrapopularną w USA) z napisem „No Bull”. Z kolei prace wiszące na ścianach były dostępne w cenach do 75 tysięcy dolarów za największą.

Wiele osób uśmiechało się na widok trzech obrazków austriackiej grupy Gelitin na stoisku francuskiej galerii Emanuel Perrotin. Obrazki znanych z „robienia sobie jaj” Austriaków przedstawiały znane wszystkim obrazy (no właśnie – jakie?), z tym że były one wykonane jakby dziecinną ręką z… plasteliny.

Plan B zrobił w ubiegłym roku furorę w Nowym Jorku. W tym roku było już normalnie – nie szturmowano stoiska tej galerii, ale i tak Mihai Pop cały czas rozmawiał z potencjalnymi klientami. Do kupienia na stoisku galerii z Kluż była między innymi wspólna praca Adriana Ghenie i Cipraiana Muresana. Adrian, znany z malowanych w ciemnych barwach „historyzujących” obrazów, namalował obraz przedstawiający młodego Niciolaue Ceausescu, a z kolei Muresan nakręcił i zmontował film o „malowaniu tego obrazu”.
Praca była dostępna tylko dla kolekcji muzealnych za 20 tysięcy euro. Z kolei za pięć tysięcy euro można było kupić inną pracę Muresana – napisany na wspak Manifest Komunistyczny.

Miłą niespodziankę sprawiło też stoisko lipskiej galerii Eiger+Art, znanej w USA przede wszystkim z malarstwa tzw. „szkoły lipskiej”. Tymczasem zamiast kolejnych obrazów Neo Raucha czy Matthiasa Weischera Eiger+Art pokazało wykonane przez Maixa Meyera fotografie modernistycznych budynków z Tajwanu i Niemiec wschodnich.
Zdjęcia te (jak i wideo) prezentowane były na tle tapety, której wzór oparty był na tych modernistycznych utopiach.
Znakomitą pracę Ragny Robertsdottir, islandzkiej artystki średniego pokolenia, pokazała galeria I8 z Reykjaviku. Robertsdottir znana jest z monumentalnych krajobrazów budowanych z kawałków lawy, szkła czy pokruszonych muszelek. Tym razem wydawało mi się, że Robertsdottir pokusiła się o zrobienie fotografii. Dopiero z bliska zobaczyłem, że to co wydawało się wzgórzem jest pokruszoną lawą…
Na przekór galerzystom poświęciłem większą część relacji nie-malarstwu, choć trzeba przyznać, że na Armory Show można było zobaczyć wiele naprawdę dobrych prac malarskich.
Ale o tym w jutrzejszym fragmencie poświęconym pracom polskich artystów na Amory Show, jak również w relacji z dorocznego otwarcia nowej kolekcji Susan i Michaela Hortów ( o tym w następnych dniach).

28 marca, 2008

Dominacja malarstwa na Armory Show - bezpośrednia relacja z Nowego Jorku

Wczoraj w Nowym Jorku rozpoczęła się jedna z największych imprez targowych na rynku sztuki najnowszej – dziesiąte już Armory Show. Targi, zwykle odbywające się w lutym, kiedy w nowojorskich „wąwozach” wieje przenikliwe zimno zniechęcając przechodniów do przemieszczenia się dalej niż pięć przecznic, tym razem przeniesiono na koniec marca. Nowy Jork powitał kolekcjonerów piękną wiosenną pogodą.

Po raz pierwszy w historii Armory Show więcej niż połowę stanowią galerie europejskie. Łącznie na 160 galerii z Europy przyjechało aż 85. Nie ma na Armory żadnej polskiej galerii – Europę Środkowo-Wschodnią „reprezentuje” rumuński Plan B, który wywołał wielką sensację na ubiegłorocznej edycji targów.
Na pewno da się zauważyć brak największych nowojorskich galerii na targach – na Armory Show nie wystawiły swoich stoisk tacy giganci rynku sztuki jak Gagosian, Marian Goodman czy Barbara Gladstone, zakładając, że i tak wszyscy kolekcjonerzy w ich galeriach się pojawią. „Jaki to ma sens brać udział w targach w mieście, gdzie masz kilka galerii” – media cytują wypowiedź jednego z wielkich galerzystów. Oczywiście, aby przyciągnąć kolekcjonerów galerie te przygotowały wernisaże w trakcie targów – na przykład w siedzibie Gagosiana w Chelsea wystawę „Biało-czerwona” będzie miał Piotr Uklański.

Natomiast inne nowojorskie galerie są obecne na Armory Show – łącznie jest ich aż 50.
Zdecydowanie zauważalnym elementem targów Amory Show jest dominacja malarstwa. Mało jest ciekawych instalacji, wideo jest prawie niewidoczne, fotografii też nie jest zbyt dużo – dominuje malarstwo – małe i duże. Nie wiem, czy to efekt tego, że Amerykanie zdecydowanie „kochają” malarstwo i taką ofertę przygotowali galerzyści, czy też fakt, że targi Armory Show odbywają się w momencie, gdy wszyscy oczekują większego lub mniejszego kryzysu na rynku sztuki najnowszej i galerie przygotowały „bezpieczną” ofertę malarską.
Temat kryzysu jest obecny w rozmowach kuluarowych, a nawet w targowej gazecie wydawanej przez „The Art Newspaper”. Gazeta ta przeprowadziła nawet ankietę wśród galerzystów, znawców rynku sztuki, a także kolekcjonerów – co sądzą o nadchodzącym Armagedonie. Oto niektóre wypowiedzi:
„My otworzyliśmy galerię w Los Angeles 1994 roku, kiedy był totalny dół na rynku sztuki. Te galerie, które otworzyły się w dobrych czasach nawet nie wiedzą, jak ciężko i nieciekawie jest w czasie bessy” – Tim Blum z galerii Blum&Poe.

„Krytyk Dave Hickey ostatnio napisał, że chętnie obejrzy jak kolejna „bańka mydlana” pęka. Choć nie podzielam jego zdania, to uważam, że trochę przeczyszczenia na rynku się przyda. O Boże, w jakim pięknym, błyszczącym g… utknęliśmy” – John Cheim, z galerii Cheim&Reid.

Ale na razie dalej nie widać kryzysu. Prace sprzedają się bardzo dobrze, kolekcjonerzy zapełnili wczoraj wąskie korytarze między stoiskami galeryjnymi. Większość ciekawych prac sprzedała się już pierwszego dnia. Mimo że polskiej galerii w Nowym Jorku nie ma, to polscy artyści są tu bardzo widoczni. Wilhelm Sasnal, Jakub Julian Ziółkowski, Piotr Janas, Sławomir Elsner, Robert Kuśmirowski, Adam Adach, Wawrzyniec Tokarski – prace tych artystów można było znaleźć na stoiskach na Amory Show.

Ale o tym w następnych naszych relacjach. Będzie również relacja z dorocznego (już po raz siódmy) otwarcia kolekcji Susan i Michaela Hortów, największych nowojorskich kolekcjonerów sztuki najnowszej. Zawsze w czasie trwania Armory Show pokazują oni nowe prace w swoim lofcie w TriBeCa w Nowym Jorku.
Zapraszamy. A tymczasem dla zachęty zdjęcia rysunków Jakuba Juliana Ziółkowskiego oraz obrazów Wilhelma Sasnala. Nie muszę dodawać, że sprzedanych od razu pierwszego dnia.


W przyszłym tygodniu kolejne relacje Piotra z Armory Show. Serdecznie zapraszamy. Na zdjęciach kolejno - kolejka kolekcjonerów przed wejściem, prace Jakuba Ziółkowskiego i zestaw prac Wilhelma Sasnala.

27 marca, 2008

Sztuka na 331/3 obrotów – So Quiet

Wczorajszy post na temat projektowania okładek płyt muzycznych przez znanych artystów spotkał się z dużym zainteresowaniem czytelników ArtBazaar. Wiele osób na własną rękę zaczęło szukać przykładów takiej współpracy. Jest to tak sympatyczny temat, iż prawdopodobnie będzie się pojawiał cyklicznie na naszych łamach.

Na dobry początek nasze wczorajsze odkrycie So Quiet i płyta „Summer and Winter”. So Quiet to projekt muzyczny Tomasza Bienia z Warszawy. Muzyka na pierwszej płycie So Quiet to minimalistyczne granie z elementami elektroniki, pełne różnych akustycznych smaczków.



No i okładka, nasz główny temat - bardzo prosty, pastelowy krajobraz z zarysem kilku postaci autorstwa …… Tomka Kowalskiego. Zaskakujące prawda? Jak jeszcze dodam że na płycie zawarto też teledysk autorstwa Pawła Śliwińskiego i Tymka Borowskiego!

Wspaniałe zestawienie.

Na zdjęcie okładka płyty „Summer and Winter” So Quiet – Gusstaff Records

26 marca, 2008

Okładki singli Baskervilles

Nowojorska grupa Baskervilles powtórzyła już niejednokrotnie wykorzystywany pomysł aby poprosić znanego artystę do zaprojektowania okładki do płyty z własną muzyką. Najsłynniejsze przykłady z historii to projekty Andy Warhola dla Rolling Stones czy Velvet Underground, czy prace Banksego wykorzystane przez Blur oraz Richtera przez Sonic Youth.



Tym razem Baskervilles poprosili 14 artystów aby zaprojektowali okładki do singli jakie były „wydane” tylko w Internecie. Wchodząc na stronę zespołu można było posłuchać muzyki i zobaczyć prace znanych młodych artystów. Jednym z zaproszonych artystów był Wilhelm Sasnal, który stworzył okładkę do singla Moves (udostępniony w Grudniu 2006).

A jaka jest muzyka? Całkiem przyjemna. W klimatach Belle and Sebastian i B-52.

Na zdjęciu projekt Wilhelma Sasnala.

25 marca, 2008

Dominik Art Edition – pierwszy Dom Edycyjny na rynku polskim

W najbliższy piątek w Dominik Art Edition w Krakowie planowane jest otwarcie nowego projektu – wystawy albumu fotograficznego Krzysztofa Zielińskiego. Pomysłodawcą i sprawcą tego i kilku innych projektów jest Adam Dominik – właściciel wydawnictwa, kolekcjoner i miłośnik sztuki. Mieliśmy przyjemność spotkać się z Panem Adamem. Poniżej zapis naszej rozmowy:

Czy Dominik Art Edition to galeria czy dom wydawniczy?

Myślę, że dla określenia działalności Dominik Art Edition ani jedno ani drugie sformułowanie nie jest właściwe. Słowo “galeria” kojarzy mi się z miejscem skupionym bezpośrednio na promocji artystów, którzy są z nią związani i idące za tym wyzwania i ograniczenia. “Dom wydawniczy” to przede wszystkim działalność skupiona na realizacji wysokonakładowych publikacji mających na celu dotarcie do masowego odbiorcy. Tak więc ani jedno ani drugie określenie nie jest adekwatne do formuły Dominik Art Edition, ponieważ podstawą działalności jakiej się podjąłem jest stworzenie możliwości wypowiedzi artystycznej twórcom w sposób mniej konwencjonalny niż ten, do jakiego przyzwyczajono już odbiorców sztuki i kolekcjonerów. Moim zdaniem, najwłaściwszym określeniem jest “dom edycyjny”, gdyż moja aktywność skupiona jest na projektach edycyjnych realizowanych z zapraszanymi przeze mnie do współpracy artystami, których twórczość bardzo cenię.

Skąd pomysł na tworzenie edycji muzealnych tek prac artystów?

To bardzo ciekawe określenie z którym nigdy wcześniej się nie spotkałem. Ciekaw jestem jaka może być geneza powstania zwrotu “edycja muzealna”. Czy takie stwierdzenie bardziej wynika ze statusu artystów zapraszanych przez Dominik Art Edition do wspólnych projektów, czy też z pietyzmu i pieczołowitości położonej na jakość techniczną realizowanych edycji?

Chodzi o jakoś wykonania…

Określenie “edycja muzealna” jest dla mnie wielką zagadką, a zwrotu którego osobiście wolę używać to “edycja”, “teka autorska” bądź po prostu “projekt autorski”.

Co jest waszym głównym celem – promocja poszczególnych artystów czy umożliwienie kolekcjonerom dostępu do pewnych prac artysty?

Jako aktywny uczestnik rynku sztuki kładę akcent na umożliwienie dostępu do twórczości wybitnych artystów jak najszerszemu gronu kolekcjonerów, zarówno tych doświadczonych jak i początkujących. Dobrym przykładem mogą tu być Zofia Kulik i Grzegorz Sztwiertnia, których prace na rynku sztuki są niezmierną rzadkością, a dzięki powstaniu edycji autorskich ich dostępność znacząco wzrosła. Podobnie jest w przypadku Jarosława Modzelewskiego, którego obrazy obecnie uzyskują bardzo wysokie ceny powodując, że dla większości kolekcjonerów stają się one prawie nieosiągalne. A stworzona przez niego teka autorska dziesięciu grafik umożliwia, by w kwocie kilku tysięcy złotych można było cieszyć się jego pracami.

Swoją drogą uważam, że w promocję poszczególnych artystów jak i całej współczesnej sztuki polskiej powinni zaangażować się wszyscy uczestnicy tak zwanego "art world", by sztuki wizualne dla ogółu społeczeństwa nie były równie niezrozumiałe jak zasady gry w krykieta. Na pewno ze swojej strony zrobię wszystko, by poprzez działania Dominik Art Edition wnieść chociaż maleńką cegiełkę w proces popularyzacji artystów których cenię i z którymi pragnę współpracować.
Jakie edycje Pan wydał do tej pory?

Odpowiedź jest bardzo prosta, gdyż są to dopiero początki funkcjonowania Dominik Art Edition. Do tej pory ukazały się: teka dziesięciu grafik Jarosława Modzelewskiego w niewielkim nakładzie piętnastu egzemplarzy, edycja autorska Zofii Kulik złożona z dziewięciu fotografii w nakładzie tylko trzydziestu pięciu egzemplarzy, teka czternastu grafik Grzegorza Sztwiertni w skromnym nakładzie dwudziestu egzemplarzy oraz edycja autorska ośmiu serigrafii Marka Sobczyka w nakładzie trzydziestu egzemplarzy.


Jak słyszeliśmy jest też Pan kolekcjonerem sztuki. Jaką sztukę Pan zbiera?

Uważam, że użycie słowa "kolekcjoner" w moim przypadku jest trochę na wyrost, z uwagi na skromne zbiory jakie posiadam. Moja "kolekcja" skupiona jest na sztuce naszego regionu od lat osiemdziesiątych do dnia dzisiejszego, gdzie największe znaczenie ma kontekstowość dzieła danego artysty, a niekoniecznie sama jego estetyka. Czyli z jednej strony są to obrazy takie jak “Bieg Czerwonych Ludzi” Jarosława Modzelewskiego czy “Obraz publicystyczny” Marka Sobczyka, a z drugiej strony praca autorstwa Kristofa Kintery "Sleeper" niedawno prezentowana w Kunstmuseum w Bonn. Moje zainteresowania kolekcjonerskie na pewno mają i będą mieć w przyszłości odzwierciedlenie w projektach realizowanych przez dom edycyjny. Istnieje spora grupa artystów z Polski, Czech, Słowacji, Węgier, Rumunii których z wielką przyjemnością zaprosiłbym do podjęcia współpracy z Dominik Art Edition.
Wróćmy do edycji... Jakie są nakłady poszczególnych edycji? Od czego zależą?

Decyzje dotyczące wielkości nakładu są zawsze zgodne z indywidualnymi założeniami artysty realizującego swój pomysł. Nie mniej jednak, na pewno nie chciałbym by jakakolwiek edycja, kiedykolwiek przekroczyła nakład pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu egzemplarzy, bez względu na nośność i znaczenie nazwiska danego artysty w sztuce. Według mnie, przekraczając wskazane wielkości nakładu, realizowany projekt przestaje mieć znamiona edycji autorskiej, a przybiera formę „masówki”.

A jak kształtują się ceny takich edycji? Co decyduje o takiej a nie innej cenie?

Cena każdego projektu jest kwestią uzależnioną od znaczenia artysty na rynku sztuki i całkowitego kosztu edycji. Jednocześnie przed ustaleniem ostatecznej kwoty spędzam wiele godzin z ołówkiem w ręku, by móc zaproponować naprawdę atrakcyjną cenę dla każdego konkretnego dzieła. Kwota ta zawsze jest konsultowana z samym artystą. Najczęściej spotyka się ze zrozumieniem z jego strony, z uwagi na fakt że jest formą umożliwiającą szerszą dostępność do jego twórczości.

Jak wasza propozycja została przyjęta przez kolekcjonerów?

Odpowiadając na to pytanie mam dość mieszane odczucia jeżeli chodzi o odbiór realizowanych przeze mnie projektów. Z jednej strony zostałem miło zaskoczony zainteresowaniem kolekcjonerów poza granicami kraju, którzy wykazują dużą chęć posiadania prac artystów z naszej części Europy. Z drugiej zaś strony, w naszym kraju mogę liczyć tylko na niewielkie grono osób oddanych polskiej sztuce współczesnej. Pomimo to, część z powstałych edycji jest dostępna w bardzo ograniczonej ilości. Przykładowo, z piętnastu egzemplarzy teki Jarosława Modzelewskiego możliwych do nabycia pozostało tylko sześć egzemplarzy.
Rynek sztuki najnowszej w Polsce jest dość płytki. Rozumiemy, że nastawia sie Pan na „długi marsz”?

To prawda, że na dzień dzisiejszy rynek sztuki najnowszej w Polsce dopiero się kształtuje i mam świadomość, że działalność której się podjąłem to praca obliczona na wiele lat. Poza tym nie ukrywam, że działalność domu edycyjnego nie jest tylko i wyłącznie skupiona na polskim rynku sztuki. Dlatego też współpracuję z wybitnymi artystami z innych krajów Europy środkowej i planuję uczestnictwo Dominik Art Edition w dwóch znaczących imprezach targowych poza granicami naszego kraju jesienią tego roku. Jednocześnie mam nadzieję, że dzięki incjatywom takim jak np. wasz blog zawiłości sztuki współczesnej i samego rynku sztuki staną się coraz bardziej zrozumiałe dla wszystkich którzy pragną mieć kontakt ze sztuką najnowszą w Polsce.



Dobór artystów sugeruje, iż w kręgach waszych zainteresowań są głównie artyści średniego pokolenia. Czy planujecie edycje prac artystów dopiero wchodzących na salony wystawowe sztuki polskiej?

Dobór artystów zapraszanych przeze mnie do współpracy nie ma nic wspólnego z podziałem pokoleniowym czy rodzajem uprawianej przez nich sztuki. Jest to raczej suma kilku czynników, z których podstawowy to chęć współpracy ze strony artysty. Nie ukrywam także, że istotne znaczenie przy doborze autorów edycji mają moje indywidualne gusta, jak i uczciwość i odpowiedzialność względem odbiorców. Dlatego też projekty realizowane przez dom edycyjny są skupione na artystach co do których jestem przekonany, że zawierucha jednej czy dwóch dekad nie zmiecie ich z piedestału sztuki. Nawet jeśli są to artyści “młodego pokolenia” tacy jak Grzegorz Sztwiertnia czy Krzysztof Zieliński, to ich dotychczasowa twórczość oraz sposób widzenia otaczającego ich świata daje mi pewność, że są to twórcy, którzy już dzisiaj są wymieniani wśród artystów ważnych dla sztuki polskiej i napewno pozostaną w niej przez kolejne dziesięciolecia.
Niech mi wybaczy grono osób uprawiających wyścig “kto kolejny po Sasnalu”, ale ja nie mam zamiaru w nim uczestniczyć i tą przyjemność pozostawiam innym. Znane są przykłady artystów, którzy w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych byli traktowani w Polsce jak gwiazdy a w dniu dzisiejszym ich twórczość jest praktycznie nieznana, a jeśli nawet, to tylko wąskiemu gronu specjalistów interesujących się sztuką danego okresu. Ponadto wiele osób obecnie inwestujących w początkujących artystów często oczekuje również znaczącego wzrostu wartości tych dzieł w najbliższych latach. Przy płytkości polskiego rynku sztuki jest to bardzo niebezpieczna gra, która może mieć konsekwencje wręcz nieodwracalne.
W moim przekonaniu sztuka powinna być przede wszystkim formą przekazu walorów twórczych i estetycznych, a uwarunkowania rynkowe i cenowe powinny być czynnikiem drugoplanowym. Obecnie obserwowane zjawisko wyścigu w poszukiwaniu nowych gwiazd przybiera niejednokrotnie karykaturalną formę, gdzie tematem rozmów o twórczości danego artysty nie jest co ciekawego i wartościowego ma do zaproponowania, a ile, za ile i gdzie sprzedają się jego prace. Mając na uwadze powyższe spostrzeżenia dotyczące rynku sztuki, działalność Dominik Art Edition może wydawać się pewnemu gronu osób konserwatywna i mało ambitna.


Mógłby Pan opowiedzieć jak powstaje taka edycja? Jak rozumiem są w to też włączeni artyści?

Zaczątkiem powstania każdego projektu jest zainteresowanie oraz wyrażona chęć przez artystę do wypowiedzenia się w formie edycji. W konsekwencji jest to w pełni dzieło danego twórcy. Dominik Art Edition sprawuje tylko i wyłącznie opiekę techniczną, mającą na celu zagwarantowanie wykorzystania jakościowo najlepszych materiałów dostępnych w Europie oraz by dany projekt edycyjny oddawał w pełni świat w którym porusza się twórca. Czyli cała koncepcja projektu, jej format, wykorzystana technika są efektem przemyśleń samego artysty, a dom edycyjny spełnia w tych działaniach rolę podobną do instytucji zapraszającej twórcę do zrealizowania w niej wystawy. Każda z edycji jest w jakimś sensie formą mikrowystawy, którą każdy może powiesić w swojej prywatnej przestrzeni.

Część z edycji jest produkowana za granicą. Nie ma w Polsce fachowców, którzy mogliby wykonać te prace?

Niestety w Polsce ciągle brakuje fachowców, którzy mogliby podołać tego typu przedsięwzięciom, a jeśli nawet kilka osób w kraju posiada odpowiednią wiedzę i umiejętności, to ich rzetelność i ceny pozostawiają wiele do życzenia. Dość absurdalną sytuacją jest fakt, że laboratoria fotograficzne w Niemczech są niejednokrotnie tańsze o kilkadziesiąt procent niż ich odpowiedniki w Polsce, nie wspominając już o różnicy w profesjonalnym podejściu do pracy. Podobnie wygląda sytuacja zaopatrzenia w materiały wykorzystywane przy realizacji projektów edycyjnych. W większości przypadków można je kupić bez większego problemu poza granicami kraju, a zaś lokalny rynek serwuje nam problemy związane z logistyką, dostępnością i terminowością realizacji zamówień. Wyjątkami w naszych “dadaistyczno-unijnych” realiach jest świetna współpraca z Cansonem Polska i introligatorką rozumiejącą specyfikę naszych potrzeb. Tak więc, by zaoszczędzić sobie stresu i nieprzespanych nocy z powodu szerzącej się u nas niekompetencji wolę spokojnie realizować projekty od strony technicznej w Niemczech, Czechach czy Austrii. Bardzo ubolewam nad tym stanem rzeczy, ale cóż, taką mamy otaczającą nas rzeczywistość.

Dalsze plany wydawnicze?

Najnowszym projektem jest album fotograficzny Krzysztofa Zielińskiego, którego prezentacja odbędzie się końcem marca w Krakowie. Według mnie jest to bardzo ciekawa propozycja dla osób interesujących się zarówno fotografią jak i sztuką współczesną. Uważam, że Krzysztof Zieliński jest jednym z dwóch, trzech najlepszych fotografów młodego pokolenia jakich mamy w Polsce. Sam projekt jest przekorną grą z odbiorcą. Album fotograficzny zawiera szesnaście oryginalnych fotografii wykonanych w technice lambda plus jedną bardzo atrakcyjną niespodziankę.
Następną zaawansowaną w realizacji edycją, jest projekt tworzony z czeskim artystą Jirim Kovandą będącym jedną z największych postaci światowej sztuki konceptualnej.
Mógłbym dalej wymieniać kilka kolejnych projektów, które powoli i mozolnie są realizowane przez artystów we współpracy z domem edycyjnym, ale najlepszą formą uzyskania szczegółowych informacji na ten temat jest regularne zaglądanie i śledzenie naszej strony internetowej http://www.artedition.info/. Serdecznie zapraszamy.

Wszystkie zdjęcia dzięki uprzejmości Dominik Art Editions. W kolejności są to prace Grzegorza Sztwiertni (1-3), Jarosława Modzelewskiego (4-6) i Krzysztofa Zielińskiego (7-9).