22 września, 2006

Rozmowa z Jakubem Julianem Ziólkowskim - część 2


Ile czasu zajmuje Ci tworzenie obrazu albo rysunku? To jest kwestia godzin, dni, minut?

Przy rysunku to kwestia godzin. Raczej nie pracuję na papierze dłużej niż jeden dzień. Ale jeśli chodzi o obrazy - kiedyś pracowałem znacznie szybciej, teraz pracuję wolniej. Teraz namalowanie obrazu potrafi mi zająć nawet miesiąc. Ale zwykle jest dzień, kilka dni. Zależy od formatu i detali.

Co z galeriami, z którymi dotąd współpracowałeś. Co z Martinem Jandą z Wiednia, co z Ruediger Schoettle z Monachium. Bo z Fundacją Galerii Foksal oczywiście zostajesz.

Z Jandą nigdy nie byłem w takich układach jak z Fundacją. Z Ruedigerem to był incydent, jedna wystawa zbiorowa. Mam nadzieję, że z Hauser&Wirth będę współpracował na podobnych zasadach jak z FGF.

To duży sukces. Tak to odbierasz?

Bardzo się z tego cieszę, ale nie traktuję tego jako sukces. Dla mnie najważniejsza jest sama wystawa. Przede wszystkim ważna jest wystawa indywidualna, bo coś się kończy, wszystkie obrazy z wystawy stają się przeszłością i muszę zacząć coś nowego. Po takiej wystawie trzeba ochłonąć, wszystko przemyśleć i ruszyć do pracy, wszystko od nowa. Ale rozumiem, że dużo ludzi, nazywa to wydarzenie sukcesem... to jest bez wątpienia jakieś osiągnięcie.

A nie boisz się, że sukces Cię przytłoczy?

Wydaje mi się, że mam do tego bardzo zdrowy stosunek i dużo dystansu. Ja się tym za bardzo nie przejmuję. Tym sukcesem. Sukces nigdy nie był i nie jest moim celem. Po to jest na świecie taki Zamość albo Krasnobród, żeby wyjechać, pójść na grzyby, złapać kleszcza i o wszystkim zapomnieć.

Mamy problem z Sasnalem, że jest od pewnego momentu praktycznie nieobecny w Polsce – w kolekcjach, w muzeach, gdziekolwiek. Z tobą jest ten problem, że praktycznie w ogóle, poza kolekcją rysunku w krakowskich Znakach Czasu, jesteś nieobecny w Polsce. Nie boli cię to trochę? Nazwisko Ziółkowski znają w tej chwili tylko wytrawni kolekcjonerzy w Polsce.

Nie mam pojęcia kim są wytrawni kolekcjonerzy, ale też się zastanawiam nad nieobecnością w Polsce. Mam wielką nadzieję, że zrobimy za jakiś czas wystawę w Fundacji. Nie wiem czy za rok, czy za dwa lata. Bardzo chciałbym też pokazać prace w Krakowie w młodej galerii F.A.I.T.

Bardzo fajnej galerii. Zresztą pokazywali już Twoje prace ostatnio w Wielkiej Brytanii...

Tak. Mają ciekawe pomysły, dużo energii i świetną przestrzeń galeryjną. Jesteśmy też od dawna bardzo zaprzyjaźnieni, bo to oni mnie odkryli na samym początku. Postanowili mi zrobić pierwszą wystawę, tam zobaczyła mnie Fundacja i już się potoczyło... Mam nadzieję, że uda się coś wspólnie z nimi zrobić.

Byliśmy bardzo zaskoczeni , gdy Twoje prace pojawiły się na wystawie „No landscapes” w krakowskim Zderzaku. A jeszcze bardziej byliśmy zdziwieni tym, że te prace można tam kupić. Czy coś wiesz na ten temat?

Aż się papierosem zakrztusiłem z wrażenia. O tej wystawie dowiedziałem się przypadkowo, bo osobiście nikt mnie o niej nie poinformował.

To skąd w Zderzaku są Twoje prace?

To zawiła historia. Podejrzewałem, że zadacie mi to pytanie. Ale trudno. Kiedy F.A.I.T (wtedy jeszcze pod nazwą Komisariat) zrobił mi wystawę, zainteresowały się mną Fundacja Galerii Foksal i Zderzak. Nie wiedziałem, co wybrać, nie znałem rynku, nie wiedziałem, czym jest Fundacja, a czym Zderzak. Sprzedałem wówczas kilkanaście obrazków Zderzakowi za przysłowiowe „grosze”. Ale gdy wybrałem Fundację, to się na mnie śmiertelnie obrazili. I tyle. A obrazy zostały. Cóż...

Ale to powód, że Twoich obrazów nie można w Polsce kupić. Mnie udało się kupić obraz w Galerii Janda w Wiedniu. Taka żółta martwa natura z człowiekiem wychodzącym zza doniczki.

Tak, pamiętam ten obraz. Był pokazywany w Krakowie przy okazji zbiorowego projektu „domowatmosfera”. To był jeden z pierwszych obrazów, który zapoczątkował martwe natury, które teraz tak się rozrosły.
Wówczas to był odkrywczy obraz. Jest różnica poziomu technicznego między tamtą martwą naturą, a dzisiejszymi. Teraz, to doszło do tego, że namalowałem martwą naturę na desce, jest tak mikroskopijna, że niektóre detale trzeba oglądać pod lupą. Ale to fajnie, że kupiłeś ten obraz.

Ledwie zdążyłem, teraz w Jandzie nie ma nic do kupienia.

Ja tego nawet nie wiem. W ogóle tego nie śledzę.

Domyślam się.

Ja nawet nie lubię tego tematu i się tym nie interesuję.

To zmieńmy temat, ale tylko trochę. Czy ma dla Ciebie znaczenie, gdzie trafiają Twoje obrazy? Chcesz wiedzieć kto je kupił, czy to Cię nie interesuje?

Tak z ciekawości pytam, owszem. Ale często też nie wiem, gdzie one są. Na pewno się rozjechały w bardzo różne strony i niektóre są bardzo, bardzo daleko. Jest taki jeden kolekcjoner z Niemiec, który od dawna się mną interesuje. Spotkałem się z nim przy okazji zbiorowej wystawy w Bielefeld. Stara się kupować coś z każdej wystawy. To ma sens, bo za kilka lat będzie miał moją przekrojową kolekcję. Gdy rozmawialiśmy, zapytał mnie, który z obrazów wiszących na tej wystawie jest dla mnie szczególny i ten kupił. Odzywa się co pewien czas i pyta, jak idzie praca. To bardzo sympatyczna znajomość. Co do reszty kolekcjonerów, to nie wiem – są różne kolekcje, ale ja się tym nie zajmuję. Poza tym, jeśli ja nie pamiętam, gdzie mam klucze do domu, to tym bardziej nie zapamiętam, gdzie jest jaki obraz.

A sam sobie coś zostawiasz? Masz własną kolekcję, przekrojową i pełną?

Do tej pory zostawały mi raczej gorsze prace, ale teraz zaczynam odkładać także te lepsze. Na pewno zostawię sobie miniaturę na desce o której mówiłem. Namawiali mnie do tego i Andrzej Przywara i Gregor Muir. Zgadzamy się, że to bardzo osobista praca i powinienem ją zachować dla siebie.

Słyszeliśmy, że czasami obdarowujesz znajomych obrazami...

A skąd to wiesz?

Kiedyś rozmawialiśmy.

To prawda. Lubię coś czasem komuś dać. Mojemu przyjacielowi nawet specjalnie namalowałem obrazek... dla jego żony i jego dzieci. Mała martwa natura z rycerzykiem, który dzielnie walczy z robactwem. Obrazek na urodziny. Czasem coś dam też bratu czy znajomym. Być może powinienem się bardziej z tym powstrzymywać. Tylko, że ja bardzo lubię sprawić komuś w ten sposób przyjemność.

Masz problem z rozstawaniem się z pracami? Czy, mimo że rozumiesz fakt, że one muszą gdzieś trafić, to ciężko jest Ci się z nimi rozstać?

To jest właśnie fajne, że obrazy sobie gdzieś tam idą. Są gdzieś pokazywane i gdzieś sobie wiszą. Tak powinno być. Czasem mi szkoda jest niektórych prac, ale już się chyba przyzwyczaiłem, że tak musi być i muszą sobie same radzić. Tak bym na to odpowiedział.

Zdjęcia dzieki uprzejmosci Fundacji Galerii Foksal

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

To chyba ładnie ze strony galerii "Zderzak" że kupuje prace studentów. Trudno też oczekiwać, żeby płaciła za studenckie obrazy fortunę. Nie rozumiem też, czemu miałaby nie oferować na sprzedaż obrazów, które są własnością galerii? Skąd ta wyczuwalna u artysty pretensja???

Romek pisze...

Kwestia gustu...