06 lutego, 2007

Malarstwo to kontrowersyjne medium – dokończenie rozmowy z Tomkiem Kozakiem

Na zakończenie pierwszej częsci rozmowy Tomek zadał nam pytanie - co w blogu archiwizującym rekordy aukcyjne robi artysta, którego potencjał rynkowy jest bliski zeru? Poniżej nasza odpowiedź i dalsza częsć rozmowy z Tomkiem Kozakiem.

Interesujemy się artystami, którzy naszym zdaniem mają coś istotnego do powiedzenia. To jest chyba najprostsza odpowiedz na Twoje pytanie… Dla nas kolekcjonerstwo to jest też poznawanie artystów. Aukcje, rynek, rekordy pieniądze, są po prostu częścią tej układanki i o tym też piszemy.

Dobra, to trochę was zaatakuję. Dzisiaj wszyscy modlą się do złotego cielca, którego świątynią jest rynek. W tym kontekście Art Bazar jawi się niemal jako młynek modlitewny nakręcający towarową mantrę. A jeśli zgodzimy się ze zdaniem klasyka, że „piekło szaleje w duszy towaru”, to tym samym musimy przyjąć, iż afirmacja towaru jest praktyką infernalną.
W tej sytuacji – wobec braku wiarygodnej krytyki artystycznej; wobec konserwatyzmu i intelektualnej słabości instytucji; wobec dominacji targów i galerii nad artystami – tabela cen i ranking okazują się ogłoszeniem duszpasterskim - mają rangę kapłańskiej wskazówki. Wobec tego powstaje pytanie, jaka jest rola Art Bazaru w tym wszystkim?

Tu jest kilka kwestii. Po pierwsze nie uprawiamy krytyki sztuki – z wielu względów – po pierwsze nie mamy takiego wykształcenia, nie znamy się na tyle, aby zabierać w tej dziedzinie głos - to zostawiamy innym. Sami bolejemy nad tym, gdyż dobra i ciekawa dyskusja na temat sztuki, artystów pomogła by nam lepiej budować nasze kolekcje. To w czym czujemy się silni i to co opisujemy, to właśnie kolekcjonerstwo i rynek sztuki. Kolekcjonerstwo to wyszukiwanie rzeczy pięknych i wyjątkowych, poznawanie jej twórców, a rynek sztuki to między innymi ceny i rekordy. Stąd też taka a nie inna tematyka, naszych informacji.

Ok., ale czy powinniśmy niejako automatycznie aprobować status quo rynku, czy też ze względu na fakt, że przybiera on bardzo niepokojące formy – poddać go krytycznej analizie? Globalny sukces Sasnala powinien uruchomić w Polsce proces takiej analizy. Tymczasem w tej sprawie panuje nabożna cisza przerywana masowym alleluja w obliczu rosnących cen. To powinno nam dać do myślenia…

Jednak musisz przyznać że wspominaliśmy o tym, że boli nas to, że teraz wszyscy patrzą na Sasnala przez pryzmat jego cen….

Wobec tego chciałbym zwrócić uwagę na postawę dziennikarzy – np. Doroty Jareckiej, która kiedyś bardzo krytykowała artystów z Grupy Ładnie – choćby przy okazji wystawy „Popelita”. Zmieniła front, kiedy ci ludzie odnieśli sukces komercyjny. Wtedy napisała afirmatywny artykuł pt. „Moda polska”. Sasnal został w nim opisany w znamienny sposób: o samym malarstwie niewiele, zamiast tego - świątynna lista galerii i fotka artysty z podpisem: „Ceny jego prac dochodzą dziś do 30 000 euro”. Nic dodać nic ująć – to pokazuje jak aura komercjalizacji w kompromitujący sposób modyfikuje świadomość. Inny problem to dwuznaczna rola kolekcjonera na współczesnym rynku. Kiedyś – jak pisał Benjamin – kolekcjoner ocalał rzeczy przed przekleństwem użyteczności. A dzisiaj co robi? Ocala w taki sposób, jak Saatchi? (śmiech)



No tak, ale on nie jest klasycznym kolekcjonerem. Bardziej inwestorem i specjalistą od marketingu w sztuce. Rubellowie czy Eli Broad, Burgerowie czy Boros – to są klasyczni kolekcjonerzy. Hortowie, jak przyjeżdżali do Berlina czy Brukseli, to spali w pracowniach malarzy, gdyż chcieli być blisko artystów. To są nasze wzorce… To są ludzie którzy ocalają. Jednak masz rację, teraz wielkie fundusze inwestycyjne, wielcy kolekcjonerzy prywatni i instytucjonalni rządzą rynkiem. Stąd wynika dominująca rola targów sztuki nad np. pokazami galeryjnymi, stąd malejąca rola kuratorów i krytyków… Skoro jesteśmy przy rynku, czy sprzedałeś już jakąś prace video?

Jak na razie nie. Z tego co wiem, Zamek Ujazdowski przymierza się do kupna „Klasztoru”- ale transakcja nie została jeszcze sfinalizowana.

Czy to prawda, że były już takie przypadki, że niektóre z twoich prac nie były pokazywane ze względu na treść?

Tak było właśnie „Klasztorem”. Oraz z filmem „Krajobraz po bitwie” - projekt ten spowodował odwołanie mojej rezydencji w „Schloss Solitude” w Stuttgarcie z powodu – jak ujął to dyrektor tej placówki - „nadmiernej ilości przemocy w obrazach związanych z Holocaustem”. Cała sytuacja podsunęła Niemcom zbawienną ideę wstępnej oceny polskich artystów przez fachowców od public relations. Ja potraktowałem to jak komplement (śmiech).

Kłopoty były też przy okazji wystawy „Zmurzynienie – ekshumacja pewnej metafory” w CSW. Zamek, zanim zdecydował się na realizację ekspozycji, przygotował pokaz zamknięty dla amerykańskiego attache kulturalnego z pytaniem, czy moje filmy nie obrażają uczuć Afro-Amerykanów. Okazało się, że raczej nie obrażają… Projekt został więc pokazany. Mam jednak wrażenie, że moje prace wciąż budzą pewien niepokój instytucji kulturalnych (śmiech).

Twoje filmy video są w edycjach?

W tym momencie nie są obiektem kolekcjonerskim, gdyż nie ma zainteresowanych ich kupnem. „Klasztor Inversus” ma edycję do sześciu sztuk ze względu na fakt, iż był pokazywany na Viennafair.

Nad czym teraz pracujesz?

Niedawno ukończyłem adaptację tekstów Micińskiego w wersji found footage. Jednocześnie doszedłem do wniosku, że moja przygoda z filmem kompilacyjnym chyba dobiegła końca. Teraz chciałbym wdrożyć do produkcji projekt wideo związany z klasycznym tematem sztuki europejskiej – z odjazdem na wyspę miłości. To będzie alegoryczna krótkometrażówka z żywymi aktorami. Scenariusz nosi tytuł: „Odjazd na Cyterę, czyli zwycięstwo Miłości na Lubieżnością i Melancholią”. Praca nad tym projektem przebiega pod egidą lubelskiej Zachęty. Pieniądze dostaniemy być może z MKiDN. Przymierzamy się do realizacji tego przedsięwzięcia w lecie, w lubelskim Teatrze Muzycznym. Poza tym pracuję nad doktoratem, który będzie próbą teoretycznego ujęcia własnej twórczości. W związku z tym dostałem zaproszenie od prof. Marii Janion na jej seminarium w Polskiej Akademii Nauk, gdzie w połowie lutego wygłoszę referat na temat „Klasztoru Inversus”.

Zarzuciłeś na chwilę malarstwo?

Nie do końca, ale z malarstwem mam taki problem, że pracuję raczej powoli – powstaje więc mało obrazów. Dzisiaj trzeba mieć naprawdę ważny powód, aby chwytać za pędzel. Ja żywię ambiwalentne uczucia wobec malarstwa – to trudne i kontrowersyjne medium. Nie podzielam więc powszechnego entuzjazmu w tej sprawie…

Na zdjęciach: Tomasz Kozak- "autoportret" oraz "rozpruwacz" akryl na płótnie.

14 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Chciałbym zahaczyć o fragment, w którym T.K. obawia się sytuacji postrzegaia sztuki poprzez pryzmat sukcesu komercyjnego. Jest oczywistym, że sztuka będzie przybierala na wartości monetarnej, ale jest to także pułapka. W efekcie artyści mogą postrzegać siebie samych i swoją twórczość pod kątem licznika cen. Kilka lat temu gdy laicy i "kossakowscy" nuworyszowie pytali mnie czy sprzedaję jakieś prace, mogłem to zbyć uśmiechem i odpowiedzieć coś w stylu: "nie dbam o ceny moich prac, bo nie one są w sztuce ważne".
Dziś już jest inaczej. Niestety ten sposób myślenia zainfekowała także umysły samych artystow i nielaików. Nawet jeśli staramy się uniknąć takiego myślenia, ono ciągle gdzieś tam za skórą siedzi. Zawsze jakaś część umysłu kombinuje, co też mogłoby przejść.

Krzysztof Masiewicz pisze...

Bardzo istotne spostrzeżenie. Można patrzeć na to z wielu stron. Z naszej strony (kolekcjonerów) rosnące (czy galopujące) ceny to nic dobrego. Po pierwsze nie możemy kupić prac artysty, którego cenimy (np. Ziółkowski) gdyż ceny są poza naszymi możliwościami finansowymi. Nawet jeśli mamy już jakieś prace artysty, to duże ceny nie mają większego znaczenia gdyż i tak tego nie sprzedamy (naszą motywacją nie jest inwestowanie tylko budowanie kolekcji). Zbyt szybko rosnąca cena na danego artystę to też zły znak gdyż może to być wynikiem spekulacji rynkowej która może zniszczyć artystę.

Fakt że pewne osoby będą patrzeć na sztukę przez pryzmat cen - z tym niestety musimy się pogodzić. Z jednej strony to dobrze, gdyż może napłyną nowe pieniądze na rynek (skorzytsaja na tym artyści, marszandzi i domy aukcyjne) z drugiej strony te pieniądze najszybciej uciekają z rynku jak coś się złego dzieje (np. w gospodarce) dlatego też ważne jest aby galerie opiekujące się artystami umiały umiejętnie prowadzić politykę sprzedaży i unikały „kapitału spekulacyjnego”.

SIERZANT BAZYL pisze...

Znany kolekcjojner z Miami (głownie fotografia i sztuki wizualne - własne prywatne muzeum) Martin Margulies zapytany o galopujące ceny prac powiedział właśnie, że jego wcale nie obchodzi, że kolekcja jest warta 2 miliardy dolarów, tylko to, że coraz mniej prac może kupić bez sprzedawania innych. Dodał, że sztuka powoli staje się zwykłym dobrem powszechnym (użył słowa commodity), że wręcz staje się to tak powszechne jak mieszkania, meble, telewizor i że jest to niebezpieczne dla sztuki, bo traci swój blask rzeczy niepowtarzalnych, unikatowych i nie dla wszystkich. To tak na marginesie wypowiedzi anonimowego artysty...

Anonimowy pisze...

Pierwsza część wywiadów z T. Kozakiem b. ciekawa. Druga - fatalna. Być może po to jest właśnie taki blog, żeby artyści mniej histerycznie podchodzili do rynku sztuki. Lucyfer

Anonimowy pisze...

NIe martwi mnie tutaj gwałtowny wzrost cen, ale sam fakt, że artyści mogą być ideą rynku zaabsorbowani (nawet bezwiednie). $$$$ nie powinny być motywacją twórczą. Prawda?
Nawet jeśli nie są, rynek i tak ma zbyt duży wpływ na sztukę.

Podajmy przykład:

W sytuacji skrajnej nawet jeśli intencje samego artysty są takie, a nie inne, rynek sztuki może je zniekształcić. Mam tu na myśli np. prace artystów, których założeniem było tworzenie prac ulegających degradacji. Butelka Josepha Beuysa, która według instrukcji SAMEGO artysty powinna być przez odbiorcę rozbita, zamiast tego jest otaczana pieczołowitą opieką konserwacyjną muzeów, co zniekształca i kastruje wymowę pracy Beuysa.
Myślę, że w wielu wypadkach sztuka i idea "commodity" mają zupełnie sprzeczne cele. Oczywiście łatwo jest z obrazami i rzeźbami, ale co ze sztuką konceptualną i całą resztą? Pytanie to wzrasta do banalnej kwestii egzystencjalnej: "Czy wszystko jest na sprzedaż?"

Moje narzekanie jest tutaj puste, ponieważ nie widzę rozwiązania. Nie można przecież zlikwidować rynku sztuki i sprawić, aby sztuka była "państwowa" i powszechna, bo to już przerabialiśmy. A może artysta znów powinien być wynajmowany przez papieży i monarchów? brrrrrr :/

Krzysztof Masiewicz pisze...

Cały czas sie zastanawiam dlaczego tyle emocji wzbudzaja u nas ( na naszym blogu i generalnie w Polsce) pieniądze w sztuce... Czy musimy przez to przejść jak przez chorobę wieku dziecęcego? W tej "grze" chyba dzięki pieniądzom wszyscy wygrywają. Dzięki naplywowi "nowych" pieniędzy na rynek sztuki w ciągu ostatnich 20 lat (stypednia,fundusze, targi, biennale etc), kolosalnie zwiekszyły sie możliwosci tworzenia dla artystów i życia ze sztuki dla profesji ten rynek obsługujących. Czy bez tego sztuka byłaby lepsza? Śmiem wątpić. Kto by wtedy decydował o rozdzaile środkków na projekty? O wynagrodzeniu dla artystów?

Krzysztof Masiewicz pisze...

A w sprawie butelki Josepha Beuysa, przyszla mi do glowy taka myśl. Co powinniśmy zrobić jakby artysta zażądał w testamencie aby po jego śmierci wszystkie prace spalić?

Może to że wiemy że chciał tą butelke rozbić nam wystarczy?

Anonimowy pisze...

Przykład na zniekształcenie idei artysty przez rynek sztuki mało trafiony. Myślę, że butelka Beuysa jest otaczana troską nie ze względu na jej wartość rynkową. Czy myśli Pan/Pani, że gdyby sztuka była państwowa i powszechna ktoś by ją wreszcie rozbił?
Przyznam, że kompletnie nie rozumiem, jak rynek może źle wpłynąć na twórczość artysty (czy chodzi o to, że twórca zacznie np. malować pod aktualnie modne trendy wnętrzarskie - taki artysta będzie dekoratorem - może dużo zarabiać na swojej twórczości, sprzedając bardzo dużo obrazów(architekci wnętrz również nie narzekają na zarobki), ale jednak będą to zarobki dekoratora.
Największe ceny na rynku sztuki osiągają artyści, którzy wnoszą coś nowego do dziejów sztuki, wprowadzają nowy dyskurs, trafiają do podręczników historii sztuki.
W jaki sposób chęć tworzenia takiej sztuki może artyście zaszkodzić?! Polskie reakcje na rynek sztuki kojarza mi sie ze strachem przed czymś nowym: mikrofalówki - szkodliwe, komórki - szkodliwe, rynek sztuki - szkodliwy. Czas się oswoić.

Anonimowy pisze...

Skąd taka nadwrażliwość? Nie piszę wcale o szkodliwości rynku, piszę o szkodliwości pewnych jego aspektów i to nie koniecznie w kontekście polskim. Skąd ta pewność, że piszę z Polski i że opieram moje spostrzeżenia na doświadczeniu polskim? Być może właśnie z mojego punktu widzenia widać bardzo wyraźnie jakie są skutki uboczne "przechodzenia" przez rzeczoną "chorobę" (nazwijmy ją "pieniędznicą" :).
Tu znowu podkreślę: nie we wszystkich przypadkach.

Przykład butelki Beuysa był pierwszym jaki przyszedł mi do głowy, ale są też inne.

Co do ratowania dzieł sztuki przed samym artystą: Oczywiście, że dzieła Kafki nie powinny być spalone... (chociaż jak się tak zastanawiam...)
ale nie wchodźmy w takie skrajności. Beuys nie chciał "zniszczyć" butelki, ale założył, że taka jej transformacja byłaby dopełnieniem jego koncepcji. Akt zniszczenia może być także transformacją.

Argument "ratowania" sztuki przed samymi artystami tylko umacnia moje przeświadczenie o braku respektowania artysty i jego wizji przez apodyktyczne maszynerie instytucji. Argument: "My wiemy lepiej niż artysta, co jest dobre dla jego sztuki" trąci zuchwalstwem. Pewne zachowania kolekcjonerów, którzy zawłaszczają sobie prawo do rzucania nazwiskami artystów jak spisem inwentarza, są zuchwalstwem i pozerstwem.

Oczywiście pieniądze TAK - w każdej postaći, ale bez kondescencji.

Oczywiście piszę o skrajnie złych przykładach i zachowaniach. Nie chcę urazić prawdziwych miłośników sztuki.

Anonimowy pisze...

To nie była w całości odpowiedź na Pana komentarz, Pana dotyczył głównie akapit o butelce B.
Pozostała część to już raczej były moje obserwacje dotyczące reakcji na rynek właśnie w Polsce.
Ale te przykłady z niszczeniem naprawdę nietrafione są, myślę że troska o dzieła sztuki wynika z szacunku do nich nie mającego nic wspólnego z ich wartością rynkową.
Jest jeszcze aspekt prawny - zwykle prawo własności daje nam nieograniczone prawo dysponowania przedmiotem łącznie z możliwością zniszczenia go, ale nie w przypadku dzieł sztuki. Tu ich zniszczenie przez kolekcjonera nakłada na niego odpowiedzialność karną.
Natomiast z pewnością rynek sztuki przyczynia się do ratowania wielu prac. Kilka lat temu oglądałam z kolekcjonerami w warszawskim MN wystawę, na której pokazywano m.in. najbardziej znane prace Stryjeńskiej. Kolekcjonerzy popatrzyli na ich stan, sposób oprawienia itp. i orzekli, że za jakiś czas będą nie do odratowania.
Podobnej klasy prace na papierze, które trafiają do prywatnych kolekcji są zwykle odkwaszane, staranie oprawiane i chowane za szybami UV, niekoniecznie dlatego, że są dużo warte, tylko dlatego, że kolekcjoner je szanuje, a stać go na to, by o nie dbać.

Anonimowy pisze...

Są jednak prace, których nie da się uratować, bo w założeniu mają ulec degradacji, albo prace tak wyrafinowane w swojej idei, że niemal brakuje im fizycznej powłoki (Bodzianowski). Obrazy, rysunki, fotografie TAK, i te jest najłatwiej kolekcjonować, a sama idea ratowania ich jest szlachetna i zapewne także ekscytująca. Natomiast taki np. Guggenheim ma wiele problemów, gdy stara się zakonserwować obiekty, w których składzie znajduje się wosk lub czekolada, obiekty, które są niemożliwe do zakonserwowania i w założeniu artysty MIAŁY ulec degradacji.
Chodziło mi raczej o wskazanie różnicy pomiędzy sztuką postrzeganą jako duch lub myśl (artysta), a sztuką postrzeganą jako przedmiot materialny (nabywca). W niektórych przypadkach są one w zgodzie, w niektórych jednak słyszalny jest zgrzyt.

Zdzichu pisze...

Z rozmowy z Kozakiem widać faktycznie terapeutyczną moc bloga, który stanowi czyściec i miejsce oswajania rynku sztuki i kolekcjonerstwa, o czym pisał w podsumowaniu w obiegu chyba Banasiak. Czekam na kolejne sesje analityczno-artystyczne!

Anonimowy pisze...

Czytając tą rozmowę przychodzi mi na myśl jeden z "fenomenów" ostatniego roku czyli grupa The Krasnals. Mam wrażenie, że raczej nie są lubiani, co więcej, mimo ich popularności ciągle czytam na ich temat negatywne komentarze. Tymczasem jak na Polskę osiągają niezwykły sukces finansowy,ich praca została wyceniona przez Christies na 70 tys funtów , na aukcji Wielkiego Serca ktoś kupił ich obraz za 31 tys.,a ich ostatnia wystawiona na aucji wośp praca, już osiągnęła cenę ok 22 tys zł. Zastanawiam się, czy to efekt manipulacji, czy ich twórczość naprawdę cieszy się takim wzięciem,a może sam Sasnal kupuje te prace??Pytanie też,czy jeśli ceny ich prac utrzymają się na takim poziomie,to czy nie zmieni się zdanie krytyków i kolekcjonerów na ich temat. W końcu Tomek Kozak w ostatnim swoim tekście mimo, ze wyraził wiele negatywnych opinii na ich temat, to jednak jednocześnie przydzielił im miejce niezwykłego zjawiska kontestacji, ktorego nie było od 10lat w polskim art worldzie. I w tym momencie nasuwa się pytanie: czy chcielibyście ich mieć w swej kolekcji i czy obecnie ustawione ceny ich prac są dla was osiągalne? Inaczej mówiąc, czy tak wysoko ustawiony próg cenowy służy kolekcjonowaniu, czy wręcz przeciwnie?

Anonimowy pisze...

http://www.zycie-rawicza.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=3622&Itemid=117