20 października, 2008

Aukcje sztuki najnowszej w Lodnynie: czy to już kryzys?

Jeśli nie wiedzieliśmy, jak będzie wyglądało zwolnienie (a może to już kryzys?) na rynku sztuki najnowszej, to już wiemy. Miały to pokazać londyńskie aukcje w trzech głównych domach aukcyjnych: Christie’s, Sotheby’s i Phillips de Pury, przeprowadzone podczas targów Frieze. I pokazały.
Mimo ostrej kampanii promocyjnej, pokazywania prac choćby w Moskwie, aukcje zakończyły się wyjątkowo słabym wynikiem, na najniższym od pięciu lat poziomie. Dość powiedzieć, że aukcje w trzech domach aukcyjnych przyniosły łącznie jedynie 59 milionów funtów (czyli 102 miliony dolarów), podczas gdy niższe widełki łącznej estymacji wynosiły 106 milionów funtów (185 milionów dolarów). Nie sprzedały się prace, o które jeszcze niedawno zabijali się kolekcjonerzy – rzeźba Takashiego Muarakamiego, obrazy Gerharda Richtera, Richarda Prince’a czy Lisy Yuskavage. Nie pomogły przyzwoite licytacje prac Francisa Bacona, Lucio Fontany czy Luciena Freuda.
„To są stare ceny” – pół żartem pół serio na temat prac Warhola mówił agencji Bloomberg jego największy dealer, Alberto Mugrabi. I zaraz dodał na poważnie, żeby być jasno zrozumianym – „Jeśli przewartościowanie (obniżenie wartości) dotyczy wszystkich sektorów gospodarki, to nie może nie dotyczyć sztuki”.
„To punkt zwrotny” – dodał londyński doradca na rynku sztuki Nicolai Frahm.
Też trzeba dodać, że trudno sobie wyobrazić gorszy moment na te aukcje. Zawirowania na rynkach finansowych przekładają się na masowe zwolnienia i dotykają coraz to nowych sektorów gospodarki. Stąd zapewnienia niektórych dealerów, że sztuka jest bezpieczną inwestycją na trudne czasy, przy tak mocno wywindowanych poziomach cen najdroższych artystów, były tylko zaklinaniem deszczu. Zdecydowanie po pięciu latach nieustannych wzrostów na rynku sztuki najnowszej, następuje teraz (przynajmniej) moment zwolnienia i urealnienia cen. Kryzysu jeszcze nie ma, ale to mówią wszyscy wyraźnie – tak wysokie ceny są nie do utrzymania.
Pokazała to choćby licytacja wielkiej grafiki „ Marilyn po Dziewięciokroć” Andy Warhola. Dolna granica estymacji wynosiła 2,2 miliona funtów (3,8 miliona dolarów). Dealer Warhola, Mugrabi, zaproponował 1,85 miliona funtów i nie chciał dać więcej. Pracę musiał kupić dom aukcyjny Christie’s, bo była to jedna z nielicznych prac z gwarantowaną ceną.
Co nie miało gwarantowanych cen, albo się nie sprzedawało, albo miało ceny zdecydowanie poniżej dolnej granicy estymacji. Nieliczne prace, jak portret Bacona pędzla innego wielkiego brytyjskiego malarza, Luciena Freuda, sprzedały się powyżej estymacji – 5,4 miliona funtów (wobec 5 milionów dolbej granicy).

Jak sprzedawała się polska sztuka? Wciąż trwają jeszcze aukcje dzienne (Contemporary Art. Day Sale – odbędą się dziś i jutro). Ale po wynikach w Phillips de Pury widać, że słabo. Nie sprzedał się żaden z trzech obrazów Wilhelma Sasnala, ani żadna z fotografii Piotra Uklańskiego. Co ciekawe, dobrze sprzedały się prace seryjne Rafała Bujnowskiego z 2003 roku („Portret Matki Whistlera” – 1 z 50 egzemplarzy oraz „Wspólnota Węgla i Stali” – 1 z 10 egzemplarzy). Prace sprzedały się zpo 4750 funtów (22 tysiące złotych) każda.
Sprzedała się również, i to za ile praca Petera Fussa „For the Laugh of God”. Jeden z pięciu egzemplarzy, sprzedawanych latem po tysiąc funtów za sztukę teraz osiągnął cenę 19.375 tysięcy funtów (ponad 90 tysięcy złotych). Ciekawe, że następna praca na aukcji w Phillips de Pury – Damiena Hirsta – nie sprzedała się.

A Peter Fuss stał się, dzięki tej sprzedaży w Phillips de Pury najdroższym artystą polskiego „street artu”.
Jutro napiszemy o nerwowej atmosferze na zakończonych w weekend targach Frieze w Londynie.

1 komentarz:

Kolekcjoner pisze...

Witam, i taka wątpliwość, czy przecena i wyhamowanie na rynku sztuki wynika z tego, że i tu pękła bańka spekulacyjna, czy jest po prostu jedynie rezultatem ogólnego kryzysu?
Mnie się wydaje, że ma miejsce to pierwsze, a przekonuje mnie o tym wypowiedź Bezana w komentarzach blogu www.krytykant.pl (CZTERDZIEŚCI LAT MINĘŁO JAK JEDEN DZIEŃ).
Oto co pisze:
Układ ukonstytułował się ostatecznie, gdy część obecnie rozdających nie mogła wedrzeć się do starej sieci galeryjno targowej, a wycofano się z imprez typu Aperto.(m.in. mówi o tym A. Budak w ost. Arteonie). Czyli do starego "towaru" nie było dostępu, a nowego i "naszego" nie było gdzie i jak pokazać. Stopniowo "podekowano" więc w zachodnich instytucjach dotowanych zastępy "swoich" (ojcami przedsięwzięcia N. Serota, D. Birnbaum, H.U.Obrist), ponominowano krajowych emisariuszy (w Polsce Szymczyk, Budak, gdzieś dookoła M. Lewandowska, M. Ślizińska) plus współpracujące dotowane instytucje krajowe (w Polsce ZUJ, Zachęta, potem Bunkier Sztuki i sieć pomniejszych typu BWA ZG). Patronuje temu i dotuje dodatkowo Deutsche Bank, a wymiany artystów wypromowanych za pieniądze podatnika odbywają się z siecią prywatnych galerii. Mózgiem z najważniejszym przepływem płynów ustrojowych tej konstrukcji jest Frieze Foundation, powiązana personalnie także z pismami pozabranżowymi, ale jak najbardziej uczestniczącymi w ferowaniu wyroków (Financial Times, a zwłaszcza The Guardian (100 najbardziej wpływowych etc) - redaktorzy są w składzie Frieze Foundation).Czy uczestnicy tej zabawy w Polsce zdają sobie z tego sprawę? Najważniejsi, bezwzględnie wiedzą gdzie stoją konfitury, ale jest grupa działająca "na korzyść" ale bez wiedzy. Jak Pan wyrazi ochotę rozwinę szczegóły.


Opisany mechanizm pokazuje, że artyści, których prace są przedmiotem transakcji nie docierają do tego miejsca krok za krokiem, ale dostają się tam, bo mają wpływowych protektorów.

Ponieważ obserwuję na rynku sztuki (plastyki) brak jakichkolwiek standardów umożliwiających ocenę jakości (nabywca musi opierać się na opinii doradcy, nie istnieją narzędzia pozwalające samodzielnie zweryfikować jakość, również jakość artystyczną, a nie jedynie wykonawczą), opisany przez Bezana mechanizm "wypychania" pewnych artystów w górę wydaje mi się realny.

Brak takich narzędzi powoduje, że i artyści nie mają czytelnych drogowskazów, co powinni robić, jakie warunki spełnić i progi pokonać aby przebić się na szczyt i zaistnieć, np na wymienionej w tekście aukcji, co znaczy, że będą szukać dojść, a nie tworzyć dobre prace.
Dziś jedynym kryterium z jakim się spotkałem jest rada jednego z dyrektorów inwestycyjnych Stilnowisti, który sugeruje, że należy "znać sensownych kuratorów", co jedynie potwierdza moje wątpliwości. Chcąc kolekcjonować w sztukę, nie mogę opierać się na tak wątpliwym kryterium jakości, jakim jest wybór kuratorski.