25 września, 2009

Artysta czy menadżer? Dzieło czy produkt? - o polskim rynku sztuki na Kongresie Kultury Polskiej w Krakowie


W ramach Kongresu Kultury Polskiej, który dziś kończy się w Krakowie, trochę w cieniu „przepychanek” świata kultury z rządem, miała miejsce bardzo ciekawa debata o rynku sztuki. Nie chcę pisać, historyczna debata, bo wcześniej już odbywały się dyskusje na ten temat. Jednak po raz pierwszy udało się przedstawić, moim zdaniem, rzeczywisty obraz rynku, jego relacji do instytucji publicznych i, last but not east, postulatów zmian.
Mowa oczywiście o panelu „Rynek dzieł sztuki. Komercjalizacja w obszarze kultury. Artysta czy menadżer? Dzieło czy produkt”, przygotowanym i prowadzonym przez Andrzeja Przywarę z Fundacji Galerii Foksal. W panelu wzięli udział także: Dorota Monkiewicz, która jest odpowiedzialna za przygotowanie Muzeum Sztuki Nowoczesnej we Wrocławiu, Adam Szymczyk z Kunsthalle Basel, Maciej Gdula z „Krytyki Politycznej” oraz artysta Oskar Dawicki. Łukasz Gorczyca z Rastra został poproszony o przygotowanie mini-raportu na temat stanu polskiego rynku sztuki (początek tego raportu można przeczytać tutaj, a mam nadzieję, że Łukasz umieści na blogu całość swoich przemyśleń).
Już na początku dość wyraźnie odnotowano pewien symboliczny i rzeczywisty podział ostatnich 20 lat funkcjonowania rynku sztuki w Polsce od odzyskania wolności w 1989 roku. Datą graniczną stał się 2000 rok, kiedy to powoli zaczęła się zmieniać percepcja artysty w Polsce związana z sukcesem rynkowym i artystycznym. Wcześniejsze lata 90. XX wieku były czasem zderzenia sztuki krytycznej ze społeczeństwem i skandale z tym związane. Choć, jak wyraźnie zauważył Andrzej Przywara, podwaliny pod rynkowy sukces położyła obecność artystów sztuki krytycznej w międzynarodowym obiegu publicznym.
Tak jak pisałem, mam nadzieję, że Łukasz Gorczyca opublikuje całość swojego wystąpienia. Ja przytoczę tylko najważniejsze myśli wraz z podstawowym stwierdzeniem (generalnie mocno obecnym w dyskusji), że od 1989 roku rynek rozwija się samodzielnie bez wsparcia państwa. Łukasz podkreślił też, że to globalny rynek sztuki, a nie polityka kulturalna państwa (jak to mam miejsce w wielu krajach) wypromowały polskich artystów na świecie. Zauważył też niewspółmiernie dużą obecność polskich galerii w światowym obiegu w porównaniu do skali polskiego rynku lokalnego. Jeżeli chodzi o kolekcjonerów – to wyraźnie widać, że skupiają swoją uwagę na polskich artystach, brak jest właściwie (poza fundacją ING) kolekcjonerstwa korporacyjnego. Krytycznie zostały ocenione polskie domy aukcyjne, które de facto mają niewielki wpływ na rynek Sztuki. Sporo miejsca zajął opis rynku instytucji publicznych, od marazmu lat 90. do programów Znaki Czasu (w ramach którego kupiono od 2004 roku ponad tysiąc prac za około 20 milionów złotych (w tym 13 milionów z programu centralnego i pozostałych pieniędzy od samorządów i sponsorów). Jednak, jak ze smutkiem zauważył Łukasz, tylko 12 z tego tysiąca prac to prace artystów zagranicznych.
Ważnym elementem wystąpienia galerzysty Rastra były cztery zadania (postulaty) dla państwa: odnowienie programu publicznego kolekcjonowania, prawne usankcjonowanie uczestnictwa prywatnych galerii (dotacje teraz mogą dostać tylko stowarzyszenia i fundacje, co często prowadzi do fikcji), zmiany w prawie podatkowym (przede wszystkim wprowadzenie ujednoliconej 7-procentowej stawki VAT na dzieła sztuki) oraz zniesienie absurdalnego obowiązku uzyskiwania zezwoleń przy wywozie za granice prac żyjących artystów.
W wystąpieniu socjologa Macieja Gduli zaciekawiła mnie szczególnie jedna myśl, która niestety od niedawna dopiero przyświeca politykom – jeżeli nie będzie publicznych kolekcji sztuki współczesnej, przy jednoczesnym istnieniu przecież kolekcji sztuki dawnej, skazujemy się na archaiczną formę życia naszej wspólnoty. Warto to zapamiętać, szczególnie w kraju, gdzie na stałe nie można właściwie obejrzeć żadnej kolekcji sztuki najnowszej.
Ten wątek przewijał się również w wypowiedzi Doroty Monkiewicz, która pytała (trochę retorycznie?) dlaczego tak mało można oglądać kolekcji sztuki najnowszej z kolekcji Znaków Czasu? Dlaczego tak słabo funkcjonują one w sferze publicznej.
Dorota Monkiewicz podniosła też, ważny, acz zupełnie niedostrzegany dotąd problem – nowo powstające muzea (m.in. w Krakowie i Wrocławiu) nie będą właścicielami kolekcji Znaków Czasu, a jedynie będą mogły przejąć prace w depozyt. Jak poważny jest to problem, można się było przekonać w Niemczech, gdy z wielu muzeów zostały wycofane depozyty, które następnie pojawiły się do kupienia na rynku. Taki sam ruch będą mogły kiedyś wykonać Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, które są formalnie właścicielami kolekcji Znaków Czasu.
Adam Szymczyk, który obok pracy w Kunsthalle Basel, jest doradcą kolekcji austriackiego ESRTE Banku, pokazał na przykładzie budowy tej kolekcji sztuki awangardowej drugiej połowy XX wieku z Europy Środkowej i Wschodniej, jak odważne kroki dotyczące zakupów, właśnie nie kierowanie się czynnikami narodowościowymi (tylko 10% z rocznego budżetu 400 tysięcy euro może zostać wydane na sztukę austriacką), spowodowały, że powstała znakomita kolekcja, złożona również z prac historycznych, która jest najlepszą kolekcją tej sztuki z naszego regionu. Przykład ten, jak również przykład, z polskiego poletka, Podlaskiej Kolekcji Zachęty z Białegostoku, pokazują, jak ważne jest odważne i systematyczne budowanie kolekcji i jak wiele można wygrać nie bojąc się podejmować trudnych decyzji.
Nie starczyło już niestety czasu na dyskusję o reformie polskich instytucji publicznych ani o roli krytyka w czasach dominacji rynku sztuki. A szkoda. Niech więc za podsumowanie tego panelu, ale i tego tekstu, posłużą słowa zamykające dyskusję, wygłoszone przez Andrzeja Przywarę (mam nadzieję, że właściwie cytuję): „Nie powinniśmy ani ulegać euforii rynku sztuki, ani go zbyt mocno krytykować. Po prostu musimy z nim żyć, wszyscy (czyli galerie, instytucje publiczne czy artyści) jesteśmy w ten rynek zanurzeni”.

1 komentarz:

jurowicz pisze...

A relacja z aukcji w artmuseum to kiedy?