22 listopada, 2006

Łosie, zbieracze i klienci

Już od jakiegoś czasu obiecuje sobie, że zacznę zbierać sformułowania (epitety ?) jakimi w różny sposób próbuje się nazwać ludzi kupujących sztukę i jak często sami kupujący uciekają od słowa kolekcjoner (jak rozumiem sformułowania o raczej negatywnym brzmieniu). Nie wiem czy kolekcjonowanie to wstydliwe zajęcie z głębin PRLu, ale gdy parokrotnie pytałem osoby kupujące jakieś dzieło sztuki, czy są kolekcjonerami, bardzo często albo napotykałem na spłoszone spojrzenie albo na gwałtowne zaprzeczenie, że absolutnie nie, że jest to pojedynczy zakup, sztuką się nie interesują i nie chcą z domu robić muzeum....

Impulsem, który sprawił, iż chwyciłem za pióro jest wstęp do katalogu aukcji (Wielka Aukcja Dzieł Sztuki) jaka jest przygotowywana przez warszawską Akademię Sztuk Pięknych. We wstępie do katalogu aukcyjnego rektor Akademii, profesor Ksawery Piwocki, wymienia grupy osób, które mają wpływ na opinię o artyście, tworzą hierarchię artystów i tworzą tzw. środowisko. Mamy tu artystów, historyków sztuki, krytyków, marszandów, właścicieli galerii, muzealników no i właśnie „zbieraczy”. Poniżej zbieraczy jest już tylko „szeroko pojęta opinia publiczna”. Nie wiem czy kolejność poszczególnych grup była tu zamierzona czy nie, ale mam wrażenie, że tak. W ten sposób tworzą nam się swoistego rodzaju kręgi osób tworzących środowisko. „Zbieracze” to wybrane osoby z publiczności, którzy kupują (a może właśnie zbierają) dzieła sztuki. Może właśnie klucz leży w procesie kupna, który jest tak nieprzystający do Sztuki, że lepiej tego słowa w pewnych kręgach nie wymawiać. A tych, co te niecne praktyki uprawiają, nazwać pospolicie „zbieraczami” dzieł sztuki, którzy różnią się „przedmiotem zbierania” od, na przykład, „zbieraczy” podkładek do piwa czy kolejek PIKO (nic nie ujmując innym).

Dosyć popularnym określeniem są „japiszoni” względnie „warszawka” (to japiszoni z Warszawy – najgorsi z najgorszych). Ich cechą wspólną jest to że kupują sztukę, gdyż jest taka moda, a już nie mogą kupić kolejnego samochodu i tak są ogłupieni przez pewne kręgi (jakie - proszę zapytać redaktora Piotra B.), że masowo kupują „literatów”, głównie z rastra.

Cieplejszą wersją japiszona jest łoś. Łosie mają to do siebie, że cokolwiek zostanie im pokazane przez właściciela galerii, oni sprawnie wyciągają portfel i płacą za wskazany obiekt.

Dość często pojawiającym się sformułowaniem jest też Klient. Jak pojawia się klient w galerii, należy wodzić za nim wzrokiem, odpowiadać na pytania, ładnie zapakować kupioną pracę i pamiętać że „on zawsze ma rację”.

No dobrze. Zobaczymy ilu „zbieraczy” pojawi się na maratonie aukcyjnym w gmachu ASP, a ile będzie tam kupujących. Bo oferta mocno reklamowanych 1000 dzieł sztuki do sprzedania jak żywo przypomina nam program „1000 szkół na tysiąclecie Państwa Polskiego” w latach 60. Idea szczytna, ale te wypaczenia...

Ofertę aż pięciu aukcji, które odbędą się w pięciu sesjach od 1 do 3 grudnia opiszemy w przyszłym tygodniu....

4 komentarze:

Piotrek pisze...

"A tych, co te niecne praktyki uprawiają, nazwać pospolicie „zbieraczami” dzieł sztuki, którzy różnią się „przedmiotem zbierania” od, na przykład, „zbieraczy” podkładek do piwa czy kolejek PIKO."
Domagamy się szacunku, a dla innych kolekcjonerów go nie mamy? Nieładnie.

Anonimowy pisze...

Colect nie znaczy zbierać?

Piotrek pisze...

obawiam się, że "zbieracz" ma wydźwięk bardzo pospolity, nie taki prestiżowy, jak "kolekcjoner"

Anonimowy pisze...

;)ach ten prestiż;)
ale mówi się, ze muzeum posiada zbiór (np. starych monet) nie kolekcję starych monet albo że prace w zbiorach muzeum narodowego
choć przy prywatnych rzeczywiście cześciej używa się kolekcja.
Mi się ten wstęp rektora ogólnie podoba.