20 lipca, 2007

Podział 50 na 50 czyli na co idą moje (artysty) pieniądze?

Jest to problem często wywołujący spore nieporozumienia pomiędzy marszandem, a kolekcjonerem czy marszandem, a artystą. W obu przypadkach, właściciel galerii jest postrzegany w najlepszym wypadku jako zło konieczne. Kupujący zadają sobie pytanie, czy nie lepiej (taniej) byłoby obejść galerię i nie kupić pracy bezpośrednio od artysty, artyści z kolei pytają, dlaczego muszą oddawać galerii 50% z ceny sprzedaży swojej pracy.

Przyjrzyjmy się zatem obiektywnie tej kwestii – zaczynając od samych tradycyjnych reguł podziału czyli 50 na 50. I tu może niespodzianka, ale poza zwyczajem i tradycją nie ma żadnych istotniejszych przesłanek stojących za tym podziałem. Równie dobrze podział mógłby wyglądać 60 na 40 czy 40 na 60. Reguła równego podziału przychodów ze sprzedaży ma sugerować równy nakład pracy (wysiłek) galerii i artysty. Zakładając równy podział przychodów ze sprzedaży za standardowy, trzeba podkreślić, że w przypadku artystów uznanych czy tych najbardziej pożądanych przez kolekcjonerów, udział artysty może osiągnąć nawet 90% ceny sprzedaży pracy. Są to oczywiście wyjątki. Moim zdaniem problematyczną wydaje się zmiana tego standardu w drugą stronę tzn. większego udziału galerii w zyskach ze sprzedaży prac. Oczywiście wszystko zależy od indywidualnych przypadków i można sobie wyobrazić taką sytuację w przypadku np. finansowania przez galerię stypendium dla artysty czy też kosztów przygotowania i wykonania pracy (jeśli są to znaczące kwoty).

Dlaczego więc artysta musi się podzielić z marszandem przychodami ze sprzedaży swojej pracy?
Z wielu powodów. Najprościej jest powiedzieć, że dlatego, bo sprzedanie pracy naprawdę drogo kosztuje i wymaga sporej pracy ze strony galerii. Można na to patrzeć jak na układ, w którym artysta wynajmuje galerię do wykonania pewnych czynności, których nie chce robić/nie lubi się zajmować i płaci za to określoną cenę.

Przyjrzyjmy się więc za co płaci artysta (czego może się spodziewać lub też wymagać od galerii). Po stronie usług (kosztów) galerii mamy więc – koszty wynajmu lokalu, w którym organizowana jest wystawa dla artysty, koszt przygotowania wernisażu, reklamy artysty, promocja artysty, koszty wydawnictw prezentujących artystę, transportu, ubezpieczenia i przechowywania prac, prowadzenie dokumentacji prac artysty, utrzymania i prowadzenia strony internetowej, koszt udziału w targach sztuki, koszty związane z utrzymaniem relacji z kolekcjonerami, etc. Pewnie o wielu i tak jeszcze zapomniałem. Kluczem jest tu zrozumienie, że właściciel galerii prowadzi normalny biznes i wszelkie wydatki pokrywane są z jego kieszeni, tak więc – jeśli nie będzie zarabiał pieniędzy na sprzedaży prac artysty (czyli potrącał owych 50%), to po prostu będzie zmuszony zamknąć interes. Często główne nieporozumienie wynika z tego, iż wiele osób patrzy na galerię jak na instytucję finansowaną przez Państwo czy bliżej nieokreślone źródła. To znaczy również, iż każde „nie-komercyjne” wydarzenie w komercyjnej galerii musi być finansowane z kieszeni właściciela galerii.

Aby lepiej zrozumieć logikę podziału 50 na 50 zobaczmy, dokładnie jak kształtują się koszty. Dla ilustracji weźmy galerię promującą młodą sztukę. Koszt przygotowania wystawy artyście to wydatek rzędu 10 tysięcy złotych (koszt lokalu 6 tysięcy zł + koszt materiałów promocyjnych 1 tysiąc zł + transport prac 1 tysiąc zł + wernisaż 500 zł + koszt katalogu (od 1500 zł). Jest to absolutne minimum - bez kosztów personelu w galerii, kosztów mediów przy bardzo prostym katalogu. Aby uzyskać 10 tysięcy złotych ze sprzedaży prac artysty, galeria musi zatem sprzedać za 20 tysięcy zlotych. To daje około 5- 7 prac w granicach trzech, czterech tysięcy złotych (przyjmijmy, że jest to początkujący artysta) - co nie jest łatwym osiągnięciem. Przypomnijmy, że nawet jeśli się to uda (sprzedać 6 prac) to galeria wyjdzie wtedy na zero (nic nie zarobi). Aby zarobić pieniądze musi sprzedać nie 6 prac, tylko 10 czy 14. Z tych przykładów widać, że kwestia podziału pieniędzy nie wynika z chciwości marszanda (wierzmy w to), tylko z logiki biznesowej.

Kończąc kwestie relacji biznesowych artysty i marszanda warto spojrzeć jeszcze na ryzyka jakie obie strony ponoszą. Ryzyko dla galerii jest oczywiste – inwestycja w artystę, który nie spotka się z „odzewem rynkowym”, może być ciekawą przygodą życiową czy też inwestycję w kulturę, ale znaczy też że ktoś musiał zapłacić za te poniesione koszty (czytaj właściciel musi wyłożyć z własnej kieszeni lub sprzedać w kolejnym miesiącu już 20 prac kolejnego artysty którego będzie wystawiał).

Ryzyko dla artysty jest trochę innego rodzaju. Nie ponosi on bowiem bezpośredniego ryzyka finansowego, ale konsekwencje złego wyboru galerii też mogą być bolesne. Po pierwsze, dlatego, że związanie się młodego (początkującego) artysty z galerią, która nie ma „dobrej” marki na rynku może „skierować” karierę artysty, w drastycznych przypadkach, na pobocza historii i rynku sztuki. Jeśli taka galeria jest poza zakresem zainteresowań kuratorów i kolekcjonerów, „przebicie” się do ich oczu może być bardzo trudne. Zła praca galerii z artystą może powodować, iż na przykład na rynku mogą pojawiać się prace bez selekcji jakościowej – co znowu może zniechęcić kuratorów, krytyków i kolekcjonerów. W końcu zła polityka cenowa przyjęta przez pierwszą galerię może zniechęcić do współpracy z artystą inne potencjalnie zainteresowane nim galerie.

W kolejnych dniach przyjrzymy się na tą kwestie z punktu widzenia kolekcjonera.

10 komentarzy:

Joshua pisze...

It's so nice for me to have found this blog of yours, it's so interesting. I sure hope and wish that you take courage enough to pay me a visit in my PALAVROSSAVRVS REX!, and plus get some surprise. My blog is also so cool! Don't think for a minute that my invitation is spam and I'm a spammer. I'm only searching for a public that may like or love what I write.

Feel free off course to comment as you wish and remember: don't take it wrong, don't think that this visitation I make is a matter of more audiences for my own blogg. No. It's a matter of making universal, realy universal, all this question of bloggs, all the essential causes that bring us all together by visiting and loving one another.

You must not feel obliged to come and visit me. An invitation is not an intimation. Also know that if you click on one of my ads I'm promised to earn 8 cents for that: I would feel happy if you did click it, but once again you're totaly free to do what ever you want. I, for instance, choose immediatly to click on one of your ads, in case you have them. To do so or not, that's the whole beauty of it all.

I think it's to UNITE MANKIND that we became bloggers! Don't see language as an obstacle but as a challenge (though you can use the translater BabelFish at the bottom of my page!) and think for a minute if I and the rest of the world are not expecting something like a broad cumplicity. Remenber that pictures talk also. Open your heart and come along!!!!!

Anonimowy pisze...

Większość galerii nie ponosi takich kosztów. A wystawy urządza artystom, którzy już sprzedali sporo prac, więc wiadomo, że jest szansa na zysk. Ile galerii w Warszawie inwestuje pieniądze wymienione na blogu? 3, może 4? Ile bierze udział w targach sztuki?
Większość, jeśli już w ogóle urządza wystawę - daje lokal na tydzień-dwa + cienki folderek czy pocztówki albo zaproszenia (choć tu zauważyłam tendencję aby prosić artystę o "szukanie sponsora"). Plus 100-300 zł na wino. Oczywiście rozumiem, że jest to w sumie spory koszt - ale prace artysty są sprzedawane też po wystawie.
Transport 1000zł - wolne żarty. Koszty promocji - większość żałuje 100 zł na publikację info o wystawie...
A teraz jeszcze zastanówmy się ile galerii robi wernisaże sporadycznie a większość współpracujących z nimi autorów ma na taką promocję szansę raz na parę lat i to nie zawsze? Mimo to od ich prac galeria swoje 50% potrąca.
Zaraz mi napiszecie, że w blogu mowa o najwybitniejszych artystach, najlepszych galeriach.
Zgadzam się, że galerie naprawdę promujące swoich artystów mogłyby brać nawet 80% na początek. Są tego warte. Ale ile ich jest?
A tymczasem wszystkie pozostałe ciągną swoje "zwyczajowe" 50% nie ponosząc wielkich nakładów...tak wygląda rzeczywistość naszego rachitycznego rynku.

Anonimowy pisze...

Poruszyliście bardzo ciekawy temat, który nurtuje wielu artystów. Galerzyści po prostu nie wywiązują się ze swoich zobowiązań. W większości promują rzeczy uznane, wylansowane np. przez instytucje publiczne. Do tego max kosztów przenoszą na artystów, którzy nie tylko inwestują np w kamerę wideo by nakręcić film i blejtramy by namalować obraz, ale jeszcze mają opłacić wino i katalog, a do tego zmuszeni są oddawać ileś prac jako haracz na poczet wpisowego na targi albo katalogu rzekomo wydawanego przez galerię. w ten sposób ograniczają ryzyko i po prostu ciągną kasę, nic dziwnego, że artyści odwdzięczają im się pięknym za nadobne i sprzedają poza galerią ile się da. nie chcę podawać przykładów, bo o nich wszyscy mówią. trzymam kciuki za kolejne wpisy, no i skasujcie ten spam co się wygenerował na górze.

Anonimowy pisze...

Z poprzedniego wpisu wynika, że artysta nie dość że sam opłaca katalog, to jeszcze za ten katalog oddaje prace galerii ;), czy przedmówca nie przesadza;).
Czemu w takim razie artyści współpracują z takimi galeriami. Sprzedaż z pracowni tylko podkopuje ich pozycję rynkową, więc nie jest rozwiązaniem.

Anonimowy pisze...

Moim zdaniem galerie nie inwestują w artystów m.in. dlatego, że wiedzą, że w Polsce artyści są b. często nielojalni. Jeżeli wystawa organizowana przez galerię jest jednorazowym kontaktem artysty z tą galerią (albo artysta jednocześnie współpracuje z kilkoma galeriami) to np. wydanie katalogu jest b. dużym obciążeniem dla galerii (koszt w miarę porządnie wydanego, ale wcale niespecjalnie efektownego to około 5 000 - 20 000 zł). Ile więc galeria musi sprzedać obrazów, żeby pokryć ten koszt. Naturalnie służy on dalszej promocji artysty i przy długofalowej współpracy jest b. ważny. Ale jeśli artysta nie ma stałego kontraktu z galerią - to znaczy, że robi mu ona b. kosztowny prezent - posługując się którym będzie sprzedawał jakiś czas po wystawie te same obrazy z pracowni (bo przecież na wystawie wszystkie się nie sprzedadzą) albo którego będą używać kolejne galerie, w których robi wystawy. Moje obserwacje pokazują, że w Polsce artyści mają znacznie bardziej roszczeniowy stosunek do galerii niż na rynku zachodnim. Np. w jednym z poprzednich postów ktoś (przypuszczam artysta) podkreśla, że artysta sam musi kupić blejtramy. Na szczęście coraz więcej polskich galerii działa wg stałych umów z artystami i ten system wydaje się sprawdzać dla obu stron.

Azur pisze...

Artyści nie są nielojalni tylko galerie nie mają z nimi podpisanej umowy na wyłączność. Bo nawet najlepszym nie chcą zagwarantować komfortu pracy - to jest stałej, choćby i niskiej ale jednak "wypłaty" czy "ryczałtu". Nie istnieje też - obecna na świecie - instytucja agenta. Znajomi artyści mają umową z agentem - oddają mu wszystkie (nie licząc drobiazgów, graficzek na prezenty itd) prace po cenie "hurtowej" a jego już głowa w tym aby je umieszczać w odpowiednich galeriach, współsponsorować katalogi itd. A artysta wie, że jeśli w danym miesiącu nawet nic się nie sprzeda to agenta głowa, żeby miał za co żyć i pracować. Bo agent na przykład daje gotówkę za prace do niego oddane.
Mój przedmówca wie też, że nasz wspólny przedmówca mówił o koszcie blejtramów nie dlatego, żeby sugerować opłacanie ich przez galerię ale aby uświadomić, że artysta - tak jak galernik - też żyć za coś musi (i mieć na blejtramy, farby + wynajem pracowni = minimum około 1000 zł miesięcznie).
A dlaczego artyści współpracują z kiepskimi z "promocyjnego" punktu widzenia galeriami? A co mają robić? Tworzyć do szuflady? Jak długo można? Ilu może się załapać do tych 3-4 w miarę dobrych galerii, o których pisałam w pierwszym poście...tym bardziej, że w naszych, polskich warunkach galerie te muszą promować dość podobne prace. Ale to jeszcze inny temat.

Krzysztof Masiewicz pisze...

Ad komentarz 2

Oczywiście nasza dyskusja bazowała na przykładzie artysty młodego, dopiero co zaczynającego karierę artystyczną. Wspominałem, że jeśli mamy artystę który ma już uznaną pozycję lub jego prace cieszą się dużym zainteresowaniem kolekcjonerów wtedy te proporcje mogą wyglądać inaczej.

Oczywistą jest też rzeczą, że tyle ile mamy galerii i artystów - tyle różnych form współpracy będziemy mogli obserwować gdyż w zależności od ustaleń pomiędzy artystą i galerią te relacje mogą różnie wygladać.

Byłbym ostrożny ze stwierdzeniem „ że jest szansa na zysk”. Jak starałem się wykazać, aby galeria osiągnęła zysk ma po drodze trochę rachunków do zapłacenia. Artystą patrzy na to tylko ze swojej perspektywy (moje prace sprzedawane – pieniądze powinny w całości iść do mnie), galeria musi patrzeć z perspektywy wszystkich artystów i całej swojej działalności. Oczywiście może powodować to sytuację gdzie jeden artysta „finansuje” wszystkich innych kolegów z danej galerii.

Nie chciałbym się zagłębiać w kwestie kosztów – co, ile kosztuje – w zależności od miasta i możliwości galerii, koszty te będą różnie wyglądać. Czy 1000 zl to dużo na transport? Np. za wynajęcie przewozu z Katowic do Warszawy – w obie strony….

Jeśli chodzi o jakość pracy galerii, czyli co artysta uzyskuje za te 50% w konkretnej galerii to albo
– artysta „wynajmuje” galerie w konkretnym celu – jaki to cel – czy prosty układ – wystawa, co sprzedamy to dobrze potem do widzenia czy ma to być długotrwała współpraca – zależy to od charakteru galerii, artysty i wspólnych ustaleń. W pewnego typu galeriach podejście typu „wystawa bez zobowiązań” nie jest możliwe. Niektórzy artyści z kolei nie chcą się wiązać na dłużej z galerią (tłumacząc to potrzebą nieskrępowania pracy a co bardziej wygląda na zostawienie sobie możliwości związania z lepszą galerią) i akceptują układ gdzie poza wystawą nie liczą na więcej.

Krzysztof Masiewicz pisze...

Ad 3.
Oczywiście, jeśli któraś ze stron nie wywiązuje się ze swoich zobowiązań to jest problem. To na co chcieliśmy zwrócić uwagę to aby obie strony miały świadomość jakie są oczekiwania z każdej ze stron oraz jak różne są punkty widzenia tej samej kwestii ze strony artysty i galerii.

Krzysztof Masiewicz pisze...

Azur
Umowa na wyłączność poza tym, iż daje większy komfort pracy galerii, niewiele zmienia. Taka umowa nie zapewnia automatycznie żadnych ryczałtów ani stałych pensji. Jeśli oczekiwałbyś od galerii, że będzie w stanie wypłacać takie ryczałty to zwiększałoby to jeszcze bardziej jej koszty i ryzyko. Z czego miałoby to być sfinansowane ? Z większych udziałów w cenie ze sprzedaży pracy?

Trochę zastanawia mnie twoje podejście do funkcji agenta ( nie bardzo widzę czym on różni się od galerii, poza tym że jest bardzo niekorzystny dla artysty) – piszesz że powinien on dawać gotówkę i martwić się o sprzedaż – trochę przypomina to dobrego wujka a nie osobę działającą na jakimkolwiek rynku (w tym rynku sztuki).

Azur pisze...

Bardzo mi miło, że zwrócił Pan uwagę na moje posty.
Rzeczywiście, "zaliczka" od galerii jest zjawiskiem wyjątkowym (korzysta z niej mój znajomy z Francji, ale dla artysty jest to podobno też bardzo kiepski interes).

Natomiast z instytucją agenta zetknęłam się wielokrotnie na południu Europy. Artyści mali i duzi (tak awangardowi jak i chałturnicy) takiego posiadają, rzecz jest powszechna. Na pewno nie nazywają go dobrym wujkiem. Agenci biorą lwią część zysków - maja umowy wieloletnie. Jeśli w tym czasie kogoś wypromują to zysk finansowy jest ich. Artysta dostaje za prace tyle co na początku (za to więcej sprzedaje) - ale jest obecny w galeriach w całym kraju, ma recenzje, katalogi. I wolną głowę, co dla mnie jest podstawą. Bardziej znani artyści mają agentów na trochę lepszych warunkach, ale zawsze oddają większość zysków.
Co oczywiście nie przeszkadza im się zaprzyjaźniać i szanować.