08 grudnia, 2009

Nagroda Turnera... w ostatniej chwili


Richard Wright, artysta znany jest z tworzenia murali regularnie zamalowywanych po zakończeniu ekspozycji, został kolejnym laureatem Nagrody Turnera, najbardziej prestiżowej nagrody w światowym artworldzie. W jego przypadku można powiedzieć, że jest to nagroda otrzymana w ostatniej chwili. Wright ma bowiem 49 lat, a nagrodę Turnera można otrzymać do …. 50 roku życia.
Wright pokonał Enrico Davida, Rogera Hiornsa i Lucy Skaer. Nagroda Turnera oprócz sławy i splendoru, wzbogaca konto artysty o 25 tysięcy funtów. Nominowani dostają po 5 tysięcy funtów.
Oczywiście praca Wrighta, którą do stycznia można oglądać w londyńskiej Tate Britain (stałe miejsce wystawy konkursowej), również przestanie istnieć. A jej stworzenie zajęło artyście i jego asystentom aż cztery tygodnie.
Laureatami Nagrody Turnera byli tacy artyści, jak: Mark Wallinger, Grayson Perry czy Damien Hirst. W ubiegłym roku nominację otrzymała urodzona w Polsce Goshka Macuga.
Na zdjęciu: praca Richarda Wrighta wykonana na wystawę konkursową w Tate Britain

"ideozy" - Instytut Awangardy w Warszawie

Zapraszamy na relację z Projektu „Ideozy” przygotowanego przez studentów historii sztuki UW. Autorem tekstu recenzji wystawy jest Aleksander Hudzik.

"Wielu podróży początki"

Malinowski i Witkiewicz podróżowali z Francji do tropików, profesor Turowski z tej samej Francji przyleciał do znacznie mniej tropikalnej Polski, a ja podróżowałem tylko na 11 piętro do atelier Edwarda Krasińskiego ,gdzie rozpoczyna się kolejna podróż, która scala te wszystkie podróże. Podróż studentów warszawskiej historii sztuki w kuratorski świat.

Pod okiem profesora Andrzeja Turowskiego, przy współpracy z Fundacją Galerii Foksal, Muzeum Sztuki Nowoczesnej i Instytutem Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego narodził się naukowo artystyczny kombinat. Najpierw wykład profesora w Muzeum Sztuki Nowoczesnej „początek egzotycznej podróży”, później dyskusja w Instytucie Historii Sztuki, a wszystko zwieńczyła wystawa w Instytucie Awangardy (czyli dawnym mieszkaniu Henryka Stażewskiego i Edwarda Krasińskiego). Warto dodać, że przewidzianych jest 6 takich naukowych maratonów.

Za oknami atelier jesień i zimno, a w środku tropiki. Nie tylko tematyka, ale i temperatura odpowiadała tropikom, bo pokaźny tłumek zgromadzony na wystawie mocno podgrzewał atmosferę. A na ścianach i podłodze, do wycieczki Witkacego i Malinowskiego nawiązali artyści zdecydowanie „younger than Jesus”. Najmłodsza Katarzyna Przezwańska stworzyła „Ławkę” , obiekt z wielokolorowych worków ciekawie łączy kolorystykę cytującą tropiki i współczesny design. Instalacja służyła zgodnie z tytułowym przeznaczeniem, głównie tym, którzy oglądali film nieco starszej Goshki Macugi. Praca niestety nie słyszalna w wernisażowych warunkach jest zapisem podróży za historykiem sztuki, Aby Warburgiem. Nie tylko tej transatlantyckiej podróży do USA, ale i podróży artystyczno naukowej. Gry artystki z teoriami historyka. Ciekawy jest tekst „Knowing this – Goshka Macyga w rozmowie z Moniką Szymczyk” o pracy artystki nad projektem „I am become death” i zainteresowaniach, które do tej pracy ją inspirowały.

Kolejnym młodszym od Jezusa artystą, którego kuratorzy namówili do współpracy, jest Jakub Ziółkowski. Silnym akcentem na dzień dobry jest jego gwasz „Burek i Marysia na Cejlonie”. Tytuł i forma trawestują znane dzieło Witkacego. Pastisz dość interesujący, ale wydaje mi się być obrazem (ponoć powstałym w 3 dni) mniej wymownym niż trzy pozostałe prace Ziółkowskiego. Najbardziej interesującą z nich, jak dla mnie, jest totem maska „totem malarza”. Cejlońska maska nabiera tu dość dwuznacznego wydźwięku, komentując pozę maską, którą po tropikalnej wizycie przyjął Witkacy również możliwości twórcze artysty. W masce zderzyła się też kultura z ,w której taka maska ma swój rodowód i kultura artysty ,który tematu się podejmuje.

Jeszcze młodsi od młodych artystów kuratorzy zorganizowali ciekawą wystawę. Trochę sztywno trzymającą się ram tematycznych wykładu profesora Turowskiego. Wynikało chyba z debiutanckiej roli kuratorów i krótkiego czasu na przygotowanie całego przedsięwzięcia. Warto też zauważyć, że wystawa zwróciła na siebie uwagę nie tylko studentów (dodajmy, że pracownicy IHS bez wyjątku nie pojawili się na wernisażu), przykuli uwagę szerszej grupy pasjonatów sztuki. Oby, nie były to miłe złego początki, frekwencja utrzymywała się na równie wysokim poziomie, a kolejne wystawy rozrastały się do coraz większych przedsięwzięć.

07 grudnia, 2009

Krótka historia …wszystkiego...w sztuce polskiej

Zapraszamy na nowy cykl artykułów na ArtBazaar. Chcemy w nim przedstawiać krótką historię różnych przedmiotów i tematów, jakie są przedstawiane w sztuce (zgodnie z naszymi zainteresowaniami – głównie w najnowszej sztuce polskiej), poszukiwać różnych wykonań tego samego tematu. Zaczynamy od przedmiotu, na którym Umberto Eco tworzył swoje zapiski, czyli od pudełka zapałek. Generalnie zapałki dość luźno kojarzą się ze sztukami wizualnymi. Co prawda w czasach PRLu istniało dość silne grono kolekcjonerów etykiet zapałczanych ale związki ze sztukami plastycznymi pudełka zapałek wydają się niewielkie. Nic bardziej mylnego - wbrew pozorom ten mały i dość funkcjonalnie wykorzystywany przedmiot znalazł już swoje miejsce w historii sztuki polskiej. Pudełko zapałek występuje na wielu pracach współczesnych artystów, w niektórych przypadkach jest używane jako medium budujące prace lub medium za pomocą, którego tworzy (maluje) się prace.

Naszą historię zaczynamy w 1958 roku roku – wtedy powstaje znakomity film animowany „Zmiana Warty” Haliny Bielińskiej i Włodzimierza Haupego. Główną rolę w filmie grają postacie stworzone z pudełek do zapałek. Film opowiada historię miłości żołnierza do księżniczki. Żar uczuć wznieca…pożar, w którym giną bohaterowie filmu.

W 1984 roku powstaje rzeźba Krzysztofa Bednarskiego „Sfinks – wielkim budowniczym: od Faraonów do Stalina”. Przedstawia ona postać leżącego Sfinksa. Sfinks jest stworzony z pudełek do zapałek. Dokładnie z 10 000 pudełek zapałek. Praca ta jest w kolekcji Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku.



Pudełko zapałek można znaleźć też w projekcie Wielkiego Imitatora z Lublina czyli Roberta Kuśmirowskiego, który w jednym ze swoich projektów (pokazywanego w ramach wystawy Supermarket Sztuki III, 2002), odtworzył biurko z lat 50/60tych z leżącymi na nim gazetami, papierosami i pudełkiem zapałek.


Pudełko zapałek z reprodukcją pracy Wilhelma Sasnala. Jest to wydruk z drukarki laserowej naklejony na pudełko. Samo pudełko było zaproszeniem na wystawę Wilhelma w salonie wystawowym i towarzyszacą jej projekcję filmów Wilhelma w cafe baumgart. Łukasz Gorczyca był projektantem i producentem tego rarytasu. Nakład to około 20 sztuk. Praca przedstawia zdjęcie wypadku samochodowego.


Kolejne pudełko zapałek to linoryt – odbity i złożony w pudełko zapałek jest autorstwa Rafała Bujnowskiego. Nakład określono jako 100 sztuk aczkolwiek nie jestem pewien czy faktycznie tyle ich powstało. Zapałki takie sprzedawane były w jednym z krakowskich kiosków, w Galerii raster podczas pierwszych targów taniej sztuki oraz podczas wystawy w Bagatt i w Goethe Institut w Krakowie.


Swoją własną wersję pudełka zapałek przygotowała Jadwiga Sawicka. Obiekt ten powstał w 2007 roku. Każda z zapałek pokryta jest tekstem „żałuję i wstydzę się” natomiast na pudełku widnieje napis „żałuje”. Na ostatniej aukcji Wielkiego Serca taka właśnie praca została sprzedana za 500 zł.

Ivo Nikić z pudełka zapałek, stworzył ludzika, postać ułożoną z części pudełka. Ludzik Nikicia to obraz olejny – widać na nim charakterystyczne dla twórczości artysty elementy zużycia, brudu, używania. Ludzik jest bardzo piękny i trochę smutny.

Zapałki a może raczej nieostrożne się nimi zabawianie jest przyczyną palącej się …części intymnej pewnej dziewczynki, prawdopodobnie tej z baśni Andersena, gdyż praca nawiązuje do tej historii. Dziewczynka z zapałkami – taki tytuł nosi rysunek Olafa Brzeskiego z 2008 roku. Tutaj tez po raz pierwszy w twórczości artysty pojawia się motyw dymu, smolistych substancji, jakie od tego czasu pokrywają wiele z prac (projektów) Olafa.




Do mistrzostwa malowanie ogniem (korzystając z zapałek), opanował Honza Zamojski. Większość z ostatnich prac artysty jest wypalana w ten sposób. Na potrzeby naszego projektu Tribute to Wróblewski, Honza wypalił w pergaminie napis „wiemaleniepowiem”, w innej pracy „Skarb Chapmanów” mapa pokazująca drogę do ukrytego skarbu namalowana została ogniem. Same etykiety z pudełek do zapałek stały się tematem przepięknej pracy Zamojskiego, jego interwencji w etykiety odkrywającej nowe znaczenia zawartego tam tekstu.




Konrad Smoleński wiele ze swoich projektów inicjuje iskrą z zapalonej zapałki. W ten sposób wysadza i odpala fajerwerki w projektach „Śmierć” oraz „The End”.





Z pewnością to nie wszystko w tym temacie. Czekamy na wasze propozycje.

Zdjęcia archiwum ArtBazaar, archiwa artystów, internet.

04 grudnia, 2009

Zbigniew Libera - Retrospektywa - Zachęta, Warszawa 2009

Zgodnie z zapowiedziami dziś zapraszamy na relację filmową z wystawy.

03 grudnia, 2009

Zaproszenie na performance Cezarego Bodzianowskiego

Nic więcej nie wiemy. To ma być niespodzianka.

CEZARY BODZIANOWSKI
piątek 4 grudnia o 18.00
przejście podziemne - Plac na Rozdrożu w Warszawie

Zapraszamy!

02 grudnia, 2009

Dziś w nocy startują targi Art Basel Miami Beach

Już dziś w nocy czasu polskiego w dalekim i słonecznym Miami rozpoczynają ostatnie tegoroczne targi sztuki najnowszej – Art Basel Miami Beach. Targi potrwają do niedzieli 6 grudnia i będą prawdziwym testem siły rynku w samej „jaskini lwa”. Organizatorzy spodziewają się około 40 tysięcy zwiedzających, w tym wiele sław pop kultury.
Ubiegłoroczne wypadły wyjątkowo słabo, większość galerii nie zarobiła nawet na koszty udziału w tych targach. Dlatego też, mimo wysiłków organizatorów, Art Basel Miami Beach są bardziej amerykańskie niż kiedykolwiek. Po prostu, część galerii europejskich zdecydowała się nie pojechać „w niepewne” do USA. Aż 60 galerii z biorących udział w ubiegłorocznych targach zostało w tym roku w domu. Nie będzie na przykład warszawskich galerii, które brały udział w tych targach rok temu – Fundacji Galerii Foksal oraz Rastra. Zarówno FGF, jak i Raster, wybrały w tym roku Londyn i targi Frieze. Organizatorzy, bo dobrych wynikach londyńskich i paryskich targów, są jednak dobrej myśli i liczą, że ubiegłoroczne, siódme już tragi Art Basel Miami Beach, były najgorsze w historii. Ósma edycja może być tylko lepsza.
Brak polskich galerii nie oznacza, że polska sztuka będzie nieobecna. W ramach prestiżowego projektu Art Kabinett galeria Hauser&Witrh z Zurychu pokaże prace Jakuba Juliana Ziółkowskiego. To nie przypadek, bo przecież na wiosnę Ziółkowski został zauważony na wystawie „Younger than Jesus” w nowojorskim New Museum. Art Kabinett jest indywidualną prezentacją jednego artysty z najlepszych galerii biorących udział w targach. Hauser&Wirth pokaże cztery obrazy i sporo prac na papierze Ziólkowskiego. Warto zauważyć, że w ramach Art Kabinett zostaną też pokazani tacy artyści jak: Richard Prince, Olafur Eliansson, George Grosz, Anish Kapoor, Amy Silman czy Tom Wesselman. To już drugi polski artysta „zmęczony rzeczywistością” pokazywany w ramach tego projektu w Miami. Rok temu berlińska galeria CarlierGebauer pokazała prace Tomasza Kowalskiego.
Podczas targów w siedzibie Rubell Family Collection zostanie otwarta wystawa
„Beg Borrow and Steal”, na której zaprezentowany zostanie cały cykl „Untitled Film Stills” Anety Grzeszykowskiej, który Mera i Don Rubellowie kupili dwa lata temu w Bazylei. Warto też dodać, że są oni jednymi z pierwszych kolekcjonerów Cindy Sherman.
Tak więc, jak widać warto śledzić wydarzenia w Miami. Dodam tylko, że gazeta targowa, wydawana przez The Art Newspaper będzie dostępna online.
Na zdjęciach: praca Jakuba Juliana Ziółkowskiego "Gladiator" prezentowana na targach ABMB oraz praca Anety Grzeszykowskiej z cyklu „Untitled Film Stills” zrobiona na klatce schodowej kamienicy, w której jest Raster

01 grudnia, 2009

Libera skatalogowany

Zapraszamy na relację Moniki Olszewskiej na temat jej wrażeń z retrospektywy Zbigniewa Libery w warszawskiej Zachęcie. Jeszcze w tym tygodniu u nas relacja filmowa z wystawy.

Już od dziś Zachęta zaprasza do swych sal na zupełnie nowe wydarzenie. Tym razem jest to wystawa retrospektywna Zbigniewa Libery. Ciekawe jest, że artysta, który należy przecież do grona najbardziej znanych i cenionych polskich twórców, nazywany „ojcem sztuki krytycznej”, do tej pory nie doczekał się u nas tak dużej prezentacji swoich prac. Tym bardziej pracownikom Zachęty należą się brawa, jako że zdecydowali się na karkołomny wysiłek zebrania właściwie wszystkich dzieł Libery, rozsianych po muzeach i galeriach całego świata. Jak można się zatem spodziewać, wystawa jest dosyć spora i zaskakująca pod względem materiału, bo dużą część twórczości Libery znamy właściwie tylko z reprodukcji, jak choćby ważną pracę Ciotka Kena, czy też wzbudzający olbrzymie kontrowersje w Polsce i na świecie Lego. Obóz koncentracyjny.
Twórczość Libery nie jest jednak pokazana w sposób chronologiczny. Kuratorka Dorota Monkiewicz proponuje nam bardziej tematyczne ujęcie, jednak właściwie bez innowacji interpretacyjnych. Mamy zatem salę poświęconą Kulturze Zrzuty, czyli nieformalnej grupie artystycznej, w której Libera działał w latach 80. Tam znajdziemy zarówno słynne już zdjęcie artysty ogolonego na łyso nazwane Dla sztuki. Tydzień po zrobieniu tego zdjęcia Libera został aresztowany za druk podziemnych ulotek i przesiedział w więzieniu ponad rok. Również w tej sali znalazło się miejsce na trochę materiałów archiwalnych, jak kilka fotografii z dzieciństwa, ulotka pierwszej wystawy na tzw. Strychu, czy pocztówka zrobiona przez Zofię Kulik, która namiętnie fotografowała wtedy Liberę. No i jeszcze kilka zdjęć z Afryki, dokąd artysta wyjechał po zmianach ustrojowych w 1989 roku. Oprócz tej sali mamy też tzw. „salę cmentarną”, jak ją nazwała Dorota Monkiewicz. Tam wyświetlany jest film dokumentujący wystawę Bakunin w Dreźnie, w której Libera wziął udział po powrocie z Afryki, a która była swoistym podsumowaniem sztuki polskiej lat 80. i pomostem między tamtym okresem a zupełnie nową rzeczywistością lat 90. Tam też znajdują się takie filmy Libery, jak Ja Aluś, czy Iskra, kręcone na cmentarzach, w których pojawiają się właściwie tylko płyty nagrobne.


Ciekawą salą jest ta, gdzie można odnaleźć zdjęcia z cyklu Pozytywy, czyli znane nam z prasy, czy podręczników historii fotografie dokumentujące traumy, zwykle wojenne. Libera odtworzył te zdjęcia, ale tym razem właśnie w sposób pozytywny, inscenizując je na zupełnie inny, można powiedzieć radosny sposób. Tym samym podjął grę z naszą pamięcią, w której wyryte są pewne obrazy zdarzeń. Ten temat pojawia się też w jego cyklu Mistrzowie, gdzie postanowił zaprezentować artystów, którzy wywarli na niego największy wpływ. Zrobił to jednak w nietypowy sposób, bo konstruując artykuły prasowe o tych artystach, które nigdy nie ukazały się w żadnej z gazet. Wymyślił nawet wystawę Anastazego Wiśniewskiego w Zachęcie, która tak samo nigdy nie miała miejsca, ale – jak podaje Libera – jeden z kuratorów tej galerii po opublikowaniu Mistrzów twierdził, że doskonale pamięta to wydarzenie... Co zaskakujące, również w tej sali umieszczono znaną pracę Body Master, czyli zestaw do ćwiczeń dla kilkuletnich chłopców kopiujący urządzenia kulturystyczne. Właściwie Body Master powinien chyba znaleźć się w następnej sali, największej na wystawie i pewnie wzbudzającej najwięcej kontrowersji, gdzie znajdują się prace odnoszące się do tematyki ciała, jego reprezentacji oraz dyscypliny i sposobów jego traktowania. To właśnie tutaj znajdziemy szereg najbardziej znanych dzieł Libery, począwszy od Obrzędów intymnych i zdjęć babki artysty, czy takich prac jak Gra z matką, przez autoportrety Libera – Mebel, Ktoś inny, czy film Jak tresuje się dziewczynki, aż po szereg Urządzeń korekcyjnych i zabawki takie jak wspomniana Ciotka Kena, czy The Doll You Love to Undress. Tutaj postawiono też legendarne już Lego, które moim zdaniem, jako pracę odnoszącą się do kwestii pamięci i reprezentacji traumy z powodzeniem można by zamienić z Body Masterem i umieścić raczej w sali poprzedniej.


Wystawie towarzyszy niezwykle obszerny katalog z reprodukcjami wszystkich dzieł znajdujących się na wystawie, tekstami Doroty Monkiewicz, Piotra Piotrowskiego oraz Łukasza Rondudy, a także – co szczególnie znaczące – bardzo obszernym kalendarium życia i twórczości Libery. Zapewne artysta na potrzeby tego katalogu został dokładnie przesłuchany, jego prace poddano datowaniu (na tyle, na ile to było możliwe), tak samo jak istotne wydarzenia z jego życia. Wiadomo – tak dzieje się zawsze w przypadku wystaw retrospektywnych artystów tego formatu, co Libera. Zastanawia mnie tylko, jak sam bohater to wytrzymywał. Libera jest przecież artystą nieustannie buntującym się i poddającym krytyce wszelką władzę. Duży wpływ miała na niego Kultura Zrzuty, w której działał jako młody chłopak, a której członkowie prezentowali postawę wręcz anarchiczną.
Libera taką postawę zachował jeszcze po zmianach ustrojowych, ciągle nie poddając się szufladkowaniu i podejmując grę z wszelkimi przejawami władzy (mam tu na myśli również władzę symboliczną, tak jak i władzę naszej pamięci). Bunt dotyczył również instytucji sztuki, które próbowały cenzurować jego prace – znana jest sprawa jego odmowy w 1997 roku udziału w Bennale w Wenecji, kiedy Jan Stanisław Wojciechowski nie chciał pokazać Lego w polskim pawilonie. Wtedy utarło się, że z Liberą współpracuje się ciężko, co właśnie oficjalnie zdementowała Dorota Monkiewicz podkreślając, że podczas pracy nad obecną wystawą nie było żadnych problemów, a Libera wykazał się wyjątkową cierpliwością. Być może dlatego, że Zachęta żadnej cenzury wprowadzać nie zamierzała i Agnieszka Morawińska dała artyście i kuratorce całkowitą swobodę działania. Z tego powodu Libera pewnie równie cierpliwie będzie musiał teraz znosić zainteresowanie mediów i wszelką krytykę, jaka zapewne pojawi się, jak zwykle przy okazji kolejnej „skandalizującej” wystawy w Zachęcie. Życzymy zatem powodzenia!

Tekst: Monika Olszewska
Zdjęcia dzięki uprzejmości Galerii Raster

30 listopada, 2009

O łańcuchu pokarmowym i nie tylko w sztuce Izabeli Tarasewicz

Zapraszamy na kolejny tekst, jaki otrzymaliśmy w ramach ogłoszonego kilka tygodni temu konkursu. Dzisiaj wyróżniony przez nas tekst Małgorzaty Marciniak - „O łańcuchu pokarmowym i nie tylko w sztuce Izabeli Tarasewicz”. Ciekawe, iż ponad połowa tekstów jakie otrzymaliśmy dotyczyła tej właśnie artystki. Zapraszamy.

"Kto spodziewałby się, że Penerstwo stanie się magnesem na sztukę? Grupa artystyczna, kryjąca się za tym poznańskim określeniem na bezczelne olewnictwo, czy też programową ignorancję, jest najciekawszą propozycją pośród młodych artystów. Łączy ich koleżeństwo i zgodne refleksje na temat sztuki, zawierane w katalogach ich wystaw zbiorowych (od „Penerstwa” po „Śniące ciała”, obie kuratorowane przez Michała Lasotę). Poszukiwania podobnej wrażliwości pośród artystycznych Penerów, grzęzną jednak w różnorodności tematów i rozwiązań artystycznych. Trudno ostatecznie, by artyści stawali się własnymi replikami. Każdy z nich ma swoją sferę eksploracji egzystencjalnej, aczkolwiek owa penerska zasada nie pozwala im o tym mówić w ten sposób. Zakładają, że sztuka powinna być odczuwalna, nie zaś intelektualnie interpretowana. Z początku męskie grono, obejmujące Wojtka Bąkowskiego, Piotra Bosackiego, Tomasza Mroza, Konrada Smoleńskiego i Radka Szlagę, szybko rozszerzyło się o żeński element, czyli Magdalenę Starską i Izę Tarasewicz. Penerstwo zatem nie jest tylko „męską rzeczą”, raczej konglomeratem wolnej od klasyfikacji twórczości. Żeby to tylko było takie proste…

Penerzy odżegnują się od jakichkolwiek politycznych i społecznych tematów, również od zasad formalnych, czy estetycznych. Odrzucają całkowicie krytykę kultury, na rzecz subiektywnych wypowiedzi. Znajdujący się w ich rozumieniu punkt populistyczny, związanego z bliższością „starych, dobrych czasów”, które nazywane są „naturą”, jest realizowany przez pewnego rodzaju odniesienia pierwotności. O ile Wojtek Bąkowski wplata w swoją sztukę rysy naiwności i niezrozumienia własnej kultury przez człowieka, czy nawet szamanizmu towarzyszącemu technologii, to Iza Tarasewicz tworzy sztukę właśnie o zasadach kultury. Ta artystka, z niespotykaną wrażliwością śledzi najboleśniejsze etycznie warunki życia ludzkiego, czyli mięsożerność. Nie odwołuje się jednak do jakiejkolwiek filozofii, czy polityki ekologicznej, co również na innym poziomie łączy ją z penerstwem. Nie jest bowiem związana z miejskim życiem i jedzeniem w paczkach, a z życiem poza centrum.

Pochodząca z Podlasia artystkę nie opuszcza poczucie lokalności i doświadczeń, związanych z wakacjami na wsi. Warto dodać, że życie na wsi wcale nie jest związane bardziej z naturą, raczej ze swoją własną kulturą. Kiedy w pracy „Dzieci i zwierzęta” tworzy uproszczone postaci dzieci i zwierząt w zabawach, odwołuje się do podobieństwa i bliskości. Człowiek jest w końcu także zwierzęciem. Natomiast w „Żywicielce” jak i w „Hand made” Iza Tarasewicz daje nie tylko obraz morderstwu na zwierzęciu, ale pokazuje jak jest ono wykorzystywane w każdym kawałku przez człowieka. Układ zależności między światem a człowiekiem jest zatem pełen dwuznaczności. Nie ma i nie było żadnej równowagi, gdyż zawsze istnieje relacja kata i ofiary a ich bliskość jest przerażająca. Jedzenie staje się nie tylko warunkiem życia, co śmierci. Natomiast śmierć, zawarta w mordach, zostaje zatarta przez przeniesienie materiału zwierzęcia na inny produkt. Czy jest to część garderoby, czy mały pluszaczek, człowiek zostaje rozgrzeszony. Sama artystka pracuje przede wszystkim w materiale organicznym, w tłuszczach zwierzęcych lub właśnie w mięsie. Należy przyznać, że jest w swoich pracach daleka od osądów.

Zarówno uderzająca dosłowność, mocny przekaz, jak i operowanie biologiczną dwuznacznością, pozwala stawiać prace Izy Tarasewicz jako naznaczoną esencją kobiecości. Nie podlega interpretacjom feministycznym, jednak zwraca uwagę swoją głęboką empatią, która jeszcze teraz zdaje się, być może stereotypowo, przypisywana kobietom. Nie jest to wrażliwość każąca działać na rzecz zmian, ale na współprzeżywanie czyjegoś lęku i tragedii. Jest zatem boleśnie bierna. Ale czy Penerka powinna być czyimś głosem, poza swoim własnym?

Kultura wraz z zawartą w sobie dozą pracy i tworzenia nierozłącznego z niszczeniem, jest nieograniczonym tematem. Jej zasady są polem całej humanistyki i chociaż sztuka penerska odwołuje się tylko do własnych doświadczeń i prawd, to zyskuje dzięki temu swój unikalny charakter. Iza Tarasewicz znajduje się tym samym pośród „pewniaków” przyszłej sceny artystycznej. Nie tylko z powodu udziału w chyba najczęściej przywoływanej wystawie: „Establishment jako źródło cierpień”, czy wspaniale przyjętego dyplomu na poznańskiej ASP. Jej sztuka po prostu broni się sama.


Tekst Małgorzata Marciniak.

Zdjęcia dzięki uprzejmości Galerii Stereo.

29 listopada, 2009

Z półki kolekcjonera – „Sztuka według Polityki – od Melancholii do Pasji”

Dziś na nasze półki trafia znakomita pozycja autorstwa Piotra Piotrowskiego. Jest to wybór jedenastu esejów poświęconych sztuce polskiej ubiegłego wieku. Książka ta nie jest najłatwiejsza w zdobyciu, wydana została dwa lata temu przez krakowski Universitas, ale zachęcam do podjęcia wysiłku jej zdobycia gdyż naprawdę warto.


Każdy z zaprezentowanych to esejów to świetnie napisany wykład na jakieś zagadnienie dotyczące sztuki współczesnej. Zaczyna się od rozważań na temat relacji zachodzącej pomiędzy sztuką nowoczesną a potrzebą narodowej ekspresji na początku polskiego bytu państwowego w okolicach roku 1918 a kończy na konflikcie wokół funkcjonowania symboli religijnych w Polsce demokratycznej końca ubiegłego wieku.

Wiele z opowiedzianych tu historii było dla mnie prawdziwym odkryciem – rozdziały poświęcone Kobro i Strzemińskiemu, Kantorowi czy też tytułowy czytałem już dwukrotnie. Pozycja obowiązkowa dla każdego interesującego się polską sztuką współczesną.

28 listopada, 2009

Edyta Jezierska na Świeżo Malowanym


Zapraszamy na prezentacje prac Edyty Jezierskiej na strony Świeżo Malowanego.

26 listopada, 2009

Salon Zimowy w Starterze

Już po raz trzeci STARTER zaprasza na Salon Zimowy. W przedświątecznej akcji sprzedaży prac wezmą udział artyści współpracujący z poznańską galerią, w szerokiej ofercie znajdą się rysunki i m.in. Agnieszki Grodzińskiej, Jakuba Czyszczonia, Daniela Szweda, fotografie Michała Grochowiaka i Kamila Strudzińskiego, obrazy Julity Paluszkiewicz i Małgorzaty Szymankiewicz. Wśród debiutów wyjątkowe „stills” z instalacji filmowej Romana Soroko pt.;”Havana” i nowoczesne (nie współczesne) malarstwo Piotra Łakomego.


Zapraszamy od 1 grudnia na www.starter.org.pl
Szczegóły i rezerwacje:
starter@starter.org.pl, marika.zamojska@gmail.com

Na zdjęciu: Michal Grochowiak, Untitled 4, odbitka fotograficzna, 100x100 cm, 2009, edycja 6

25 listopada, 2009

Andrzej Lachowicz laureatem tegorocznej nagrody im. Katarzyny Kobro

Już w najbliższą sobotę w Galerii Wschodniej w Łodzi uroczyste ogłoszenie i wręczenie nagrody im. Katarzyny Kobro Andrzejowi Lachowiczowi. Jest to szczególne wyróżnienie gdyż sama nagroda jest wyjątkowa – przyznawana artyście przez kapitułę artystów. Co też wyjątkowe - nominację do tej nagrody można otrzymać tylko jeden raz. W gronie artystów uhonorowanych tą nagrodą znaleźli się w poprzednich edycjach min. Jerzy Lewczyński, Krzysztof Bednarski, Krzysztof Wodniczko czy Zbigniew Rybczyński.

Andrzej Lachowicz od końca lat 60. zajmuje się fotografią, grafiką, malarstwem, rysunkiem, tworzy filmy i zapisy wideo. Jest także teoretykiem sztuki, publikując teksty będące wynikiem badań nad językiem wizualnym sztuki (głównie fotografii) i jego oddziaływaniem na odbiorcę. Do najważniejszych należą: „Perswazja wizualna i mentalna” (1972), „Raport: sztuka i samoświadomość” (1979), „Poziomy energetyczne sztuki” (1981). Poszukiwania teoretyczne znajdowały swe realizacje w pracach artysty, wpisując się w dyskurs zarówno konceptualny, jak egzystencjalny, humanistyczny.

W 1970 r. był współzałożycielem (wraz z Natalią LL i Zbigniewem Dłubakiem) wrocławskiej neoawangardowej grupy twórczej PERMAFO, do której dołączył Antoni Dzieduszycki. Nazwa PERMAFO była kontaminacją uku­tego przez Lachowicza wyrażenia „permanentna fotografia”. Działająca pod tą samą nazwą galeria (do 1981r.) była miejscem prezentacji sztuki pojęciowej z zastosowaniem fotograficznego medium. Lachowicz rozwijał teorię „sztuki permanentnej” postulując rejestrowanie rzeczywistości w długich, migawkowych seriach. Chodziło mu o odzwierciedlenie w dziele ciągłości, a jednocześnie nieustającej zmienności otaczającego nas świata oraz procesu wzajemnego przenikania się różnorodnych jego obszarów. Poprzez taką rejestrację chciał „zmniejszyć deformację i błędy” w postrzeganiu rzeczywistości przez zanurzonego w niej człowieka, wynikające z „selekcji opartej na przyzwyczajeniach, konwencjach, tradycjach”.
Informację i zdjęcia dzięki uprzejmości organizatorów Nagrody.

24 listopada, 2009

Być artystą w Ameryce - wcale nie tak różowo...

Ponad połowa artystów mieszkających i tworzących w USA odczuła na własnej skórze kryzys gospodarczy i w 2009 roku zarobi mniej niż rok wcześniej. Aż dla 18 procent artystów spadek dochodów jest większy niż 50 procent - wynika z ankiety przeprowadzonej przez organizację non-profit Leveraging Investment In Creativity wspólnie z Hellicon Collaborative i Princeton Survey Research International.
Na ankietę odpowiedziało ponad 5 tysięcy artystów – pisarzy, muzyków, architektów i artystów sztuk wizualnych, tworzących w USA. Niektóre ustalenia ankiety pokazują, że osiągające w tysiącach dolarów wyniki aukcyjne najbardziej popularnych artystów, to raczej wyjątek od reguły. Artyści w USA (a jest ich według biura zatrudnienia ponad 2 miliony) w większości klepią biedę. Ponad jedna trzecia z nich nie ma wystarczającego ubezpieczenia zdrowotnego. Tylko 6 procent z nich zarabia więcej niż 80 tysięcy dolarów, a nie zapominajmy, że większość artystów ma wyższe wykształcenie.
Generalnie lepiej w kryzysie radzą sobie muzycy i architekci, a malarze (czy generalnie artyści wizualni) i pisarze już znacznie gorzej.
By się utrzymać artyści muszą więc barć dodatkowe prace, które często stają się ich podstawowym źródłem dochodów. Według ankiety ponad 40 procent artystów w 2008 roku z działalności artystycznej uzyskało 20 procent lub mniej swoich dochodów.
Ale ci najlepsi nadal zarabiają sporo – większość z tych, którzy deklarują dochody powyżej 80 tysięcy dolarów utrzymuje się właśnie ze sprzedaży swoich prac, a nie z pracy dodatkowej. W mniejszym stopniu dotyczy to jednak artystów sztuk wizualnych, a bardziej muzyków i architektów.
Więcej informacji na temat wyników amerykańskich badań można znaleźć w tekście w New York Timesie.

23 listopada, 2009

Iza Tarasewicz- penerskie umiłowanie brzydoty

Kilka tygodni temu ogłosiliśmy „konkurs” na tekst na temat Penerstwa. To był tylko pretekst, cel prawdziwy to poszukiwanie nowych osób, nowych talentów, które poszerzyłyby krąg ludzi piszących o sztuce najnowszej. Zależało nam na tekstach pisanych w prosty i zrozumiały sposób, na nowe, odmienne spojrzenie na znane nam zagadnienia i zjawiska.

Nie mieliśmy problemu z wyłonieniem najlepszego tekstu, co więcej najlepszy z przesłanych nam tekstów jest też bardzo dobrym opracowaniem poświęconym Izie Tarasewicz. Gratulujemy autorce Monice Olszewskiej. Mamy nadzieję, że Monika będzie częstym gościem na łamach ArtBazaar. Poniżej tekst Moniki pt. „Iza Tarasewicz- penerskie umiłowanie brzydoty”.

"Penerstwo jest słowem dość intrygującym. Nieurodzona w Poznaniu nie mam szans na pełne zrozumienie jego znaczenia, ale słowniki wielkopolskiego slangu i poznańscy znajomi powoli rozjaśniają mroki mojej niewiedzy. Margines społeczny, żul, degenerat, menel. Już samo brzmienie tego słowa jest odrobinę brudnawe, wyczuwam w nim elementy grungowej dekadencji, wrażliwości i negacji rzeczywistości wyrażającej się w niedbalstwie i, krótko mówiąc, afirmacji syfu.

Tę specyficzną niechlujność łatwo można odnaleźć w pracach grupy absolwentów poznańskiej ASP, którzy inspirując się miejską kulturą nazwali się Penerstwem. To jedna z nielicznych cech, która ich łączy, bo każdy z członków tej różnorodnej grupy zajmuje się zupełnie czymś innym, tworzy w innej materii. Najbardziej znany Wojtek Bąkowski (do sławy przyczyniły się ostatnie wygrane Spojrzenia) i Piotr Bosacki robią filmy animowane, zajmują się rysunkiem i współtworzą Grupę KOT eksperymentującą z muzyką elektroniczną i rapem. Radek Szlaga maluje kpiąco i żartobliwie, Magda Starska bazgrze surrealistycznie. Tomasz Mróz jest najbardziej znany ze zdeformowanych groteskowych, prawdziwie mięsnych rzeźb ciał. Konrad Smoleński porusza się w obrębie sztuki wideo, performance i instalacji. A Iza Tarasewicz rzeźbi w najprzeróżniejszych materiałach. Jak w jednym z wywiadów o Penerstwie mówi ta ostatnia artystka: To grupa ludzi, którzy najzwyczajniej w świecie bardzo się lubią! Więc choć od co najmniej stu lat bardzo lubimy stłaczać artystów w grupy, składy i konteksty to Penerzy nie dają się określić jako spójna formacja.

Tym, co na pewno ich łączy jest pewne zamierzone ubóstwo środków artystycznych i świadome odrzucenie technik wyniesionych z nauki w Akademii na rzecz odnalezienia nowego rodzaju wrażliwości. Penerzy w pewien sposób przefiltrowują zastaną rzeczywistość przez własne wnętrze i wypluwają w postaci sztuki. Wypluwają to całkiem niezłe słowo, bo odnosi się do zjawiska, które jest charakterystyczne dla Penerów: swoistego prymitywizmu, czy dyletantyzmu, odrzucenia prymatu idealnej formy, pierwiastka apollińskiego w sztuce. Grupa doprowadza tę postawę do skrajności, cechuje ich bezkompromisowość: Starska naprawdę bazgrze jak małe dziecko, a Bąkowski potwornie monotonnym głosem recytuje swoje teksty. Ale podczas słuchania Bąkowskiego nie da się wpaść w przyjemny trans, a na rysunki Starskiej nie da się zapatrzeć – ich prace są na to zbyt brzydkie, a co za tym idzie: trudne. Trudne nie znaczy jednak przeintelektualizowane, bo Penerstwo jakby czując na sobie obowiązek podtrzymania związku z penerstwem nie robi sztuki po to, by zaspokoić intelektualne pragnienia krytyków.

Choć w ten sposób można ich interpretować. Wydaje się, że właśnie interesująca mnie tutaj Iza Tarasewicz jest szczególnie podatna na włączanie jej prac w obręb różnych dyskursów, a w szczególności w dyskurs feministyczny. Grupa Guerilla Girls w swoim manifeście zatytułowanym Zalety bycia kobietą – artystką napisała: Bez względu na to, czym się zajmujesz w swojej sztuce, twoje prace i tak zostaną opatrzone etykietką: kobiece. Rzeczywiście, w twórczości kobiet wciąż doszukujemy się tzw. kobiecych wątków, cokolwiek to znaczy. U Izy Tarasewicz nie jest to jednak nieuzasadnione, bo artystka świadomie porusza się w obrębie tematyki charakterystycznej dla feministycznych zainteresowań, używa materiałów odnoszących do zagadnień związanych ciałem, a zatem centralnych dla tego, co nazywa się specyficznie kobiecym doświadczeniem. Wydaje się to dosyć trafne, ale tylko połowicznie, bo nie chodzi o jakąkolwiek feministyczną ideologię związaną z emancypacyjnymi postulatami, ale raczej swoistą ekspresję własnego doświadczenia.

To bowiem, co cechuje prace Izy Tarasewicz oraz pozostałych Penerów to odnoszenie rzeczywistości do własnych doświadczeń i emocji. Gdzieś w głębi leży tutaj przekonanie o istnieniu silnego indywidualnego ja, które jest jakby filtrem, przez który przesącza się rzeczywistość. Dzieło, które powstaje jest produktem emocjonalnie reagującej jednostki. Oczywiście, to ja można definiować na różne sposoby w zależności od doświadczeń, jakie weźmiemy pod uwagę. A zatem prace Izy Tarasewicz można interpretować w kontekście jej doświadczeń jako kobiety, ale równie dobrze odnosić je do jej pochodzenia lub dzieciństwa. A najlepiej do konglomeratu tych doświadczeń, różnie interpretowanego w zależności od sytuacji. Nie da się jednak zaprzeczyć, że materiały, którymi się posługuje (mięso jako odniesienie do cielesności, pokarm, tłuszcz jako to, co kojarzy się z ciepłem), czy też tytuły niektórych wystaw (Żywicielka, Matecznik) odsyłają nas do zagadnień, którymi interesuje się krytyka genderowa.

Już jej pierwsza wystawa ujawniła zainteresowanie nietypowymi materiałami. Na Hand Made oprócz obrazów, fotografii, kilku maskotek składały się również: rzeźba martwego wilka wykonana z wędzonego mięsa oraz rysunek wykonany tłuszczem na ścianie. Na kolejnej wystawie zatytułowanej Głowizna głównym obiektem była olbrzymia postać kobieca wykonana ze smalcu nazwana Dirty Bomb. W Galerii Arsenał można było zobaczyć też znak nieskończoności ułożony z jelit wieprzowych oraz Rany, czyli obiekty również wykonane z mięsa wieprzowego, które trochę przypominały muszle, trochę waginy. Wśród prac artystki wyróżnia się też wystawa Żywicielka – moim zdaniem jej najciekawsze jak dotąd działanie. Poznańska galeria Starter została zaaranżowana w ten sposób, aby odtwarzała przestrzeń domową, a w zasadzie jej część pomiędzy kuchnią, a łazienką. Znów znajdowało się tam kilka mięsnych obiektów: rzeźba o kształcie podłużnego przekroju świni wypełniona gnijącymi owocami, świńska skóra na wieszaku oraz ciemna kula ulepiona z odpadów jedzenia. We wszystkich realizacjach powtarzają się zatem te same motywy: mięso, pokarm lub jego odpadki, tłuszcz, w innych pracach również masa solna, czy ciasto drożdżowe. Są to materiały, które z jednej strony kojarzą się z tym, co matczyne, domowe, z jedzeniem, a więc tym, co daje życie. Z drugiej strony rzeźby z mięsa są nietrwałe, rozkładają się, owoce gniją, a odpadki to to, co odrzucone, śmietnik, śmierć. Ten dziwny dualizm widać we wszystkich pracach Izy Tarasewicz, choć w każdej z nich inaczej rozkładają się akcenty.


W Hand Made największy kontrast wyrasta pomiędzy martwym wilkiem, a pluszowymi zabawkami. Z jednej strony mamy polowanie, śmierć, zabijanie zwierząt, z drugiej dziecięcy świat, w którym to, co zwierzęce jest oswojone, znajome i bliskie i nie wiąże się z zagrożeniem. Dopiero edukacja i wprowadzanie dziecka w dorosły świat wprowadza opozycję pomiędzy tym, co ludzkie i tym, co zwierzęce, pomiędzy naturą i kulturą. W tej opozycji to oczywiście natura jest podporządkowana kulturze, jest tym, co ma się poddawać, co trzeba opanować.



Dirty Bomb to – jak napisała sama artystka – praca o niedostatku w nadmiarze, o nadmiarze w niedostatku. Mamy groteskowo wielką, tłustą postać kobiecą, większą i bardziej tłustą niż archetypiczna kobieta-matka, wszelkie symbole płodności. Jednocześnie zrobiona z taniego materiału, biała postać ze smalcu jest prosta, surowa, wręcz ascetyczna. Nasycenie i głód to tutaj dwie strony tego samego medalu, bo pragnienia tak naprawdę nie da się nigdy zaspokoić, głód odnawia się bez przerwy. Dirty Bomb stanowi także opozycję między tym, co wzbudza wstręt, jest obrzydliwe (olbrzymie, grube ciało), a tym, co piękne. Owa gra pomiędzy tym, co wstrętne, a tym, co estetyczne jest centralnym punktem w całej twórczości Tarasewicz. Być może najbardziej ujawnia się ona we wspomnianych już Ranach. Mięsne rzeźby wywołują obrzydzenie, a zarazem są niesamowicie pociągające, wysmakowane i po prostu piękne.


Ta binarna opozycja wstrętne/estetyczne jest również osią, wokół której zbudowana jest wystawa Żywicielka. Gnijące owoce w „paterze” z ciała świni są obrzydliwe, resztki jedzenia to śmierdzące odpadki, których jak najszybciej chcemy się pozbyć i o nich zapomnieć. Ale obie te rzeczy zostały przez Izę Tarasewicz przemienione w obiekty estetyczne, na które chętnie patrzymy. Nie chodzi tylko o sam akt wstawienia ich do galerii, artystyczny gest uczynienia z odpadków dzieła sztuki niczym z duchampowskiego pisuaru, ale o fakt, że one naprawdę mogą się podobać i być oceniane za pomocą tradycyjnej nauki o pięknie. Artystka oswaja tutaj to, co zwykle jest wykluczone, warte jedynie wyrzucenia na śmietnik i uznane za niegodne jakiejkolwiek egzystencji. A na pewno nie tej, która jest przypisana dziełu sztuki.

Nakreślone przeze mnie opozycje uwidaczniające się w pracach Tarasewicz odsyłają nas do kobiecego ciała, które również jest wstrętne i pociągające jednocześnie. Szczególnie Rany nasuwają skojarzenia z waginą budzącą grozę i pożądanie. To, co wstrętne jest jednocześnie tym, co szczególnie pociągające. Użycie mięsa przez kobiety-artystki jest dość popularne (żeby wymienić chociaż pracę Jany Sterbak Sukienka z mięsa dla anorektycznej albinoski z 1987 roku) jako że kobieta stereotypowo łączona jest z cielesnością, materialnością, w opozycji do mężczyzny, który jest określany poprzez rozum i to, co duchowe. Kobieta, tak jak rzeźby Tarasewicz, jest jednocześnie piękna (czy powinna być piękna niczym ciała reprezentowane na przestrzeni całej historii sztuki, która jest jednocześnie historią kobiecego aktu) ale i wstrętna – inna i obca. Jest dawczynią życia (żywicielką) ale zarazem groźbą choroby i śmierci, jako przedstawicielka tego, co nieczyste, brudne.


Prace Izy Tarasewicz są dla mnie o tyle uniwersalne, że nie odnoszone do zagadnień związanych z estetyką genderową, w ogóle nie tracą na wartości. Dzieje się tak przez ową dziwną, trochę właśnie penerską estetykę. Estetykę, w której piękno odnajduje się właśnie w tym, co brzydkie i wstrętne, jak również w tym, co zwykłe, domowe. Patera z gnijącymi owocami jest wspaniałą kompozycją, a kula zbudowana z odpadków, czy Rany to wyjątkowe rzeźby. Prace Tarasewicz pokazują, że kategoria piękna nie tyle straciła na wartości, ile została przedefiniowana, ale w dalszym ciągu może funkcjonować w sztuce. Penerzy, stosując estetykę brzydoty, uwrażliwiają na piękno, które leży w codzienności, w zwykłości ludzkich doświadczeń. Wpisują się przez to w inną historię sztuki, podobną do drugiej historii świata z wierszy Mirona Białoszewskiego – historii podłóg, łyżek durszlakowych, kurzu i brudu".


W najbliższym czasie planujemy publikację pozostałych wyróżnionych prac. Dziękujemy wszystkim osobom, które przysłały nam swoje teksty.


Wszystkie zdjęcia dzięki uprzejmości Galerii Stereo.

Na zdjęciach odpowiednio:
Zdjęcia (1-4) fragmenty projektu „Dzieci i zwierzęta” CSW Zamek Ujazdowski;
Zdjęcie 5 – „Znak nieskończoności” – Arsenał Białystok
Zdjęcie 6 – fragment projektu Żywicielka, Galeria Starter Poznań (zdj. Honza Zamojski);
Zdjęcie 7-8 - fragment projektu Żywicielka (książka), Galeria Starter Poznań (zdj. Honza Zamojski);
Zdjęcie 9 - "Kikiz", technika własna (futro królicze);

19 listopada, 2009

Z półki kolekcjonera: "Sztuka jako rozmowa o przeszłości"

Fundacja Batorego wydała właśnie rozprowadzaną za darmo książkę "Sztuka jako rozmowa o przeszłości". Jest ona poświęcona obecności historii w debacie publicznej, sposobowi, w jaki mówią o przeszłości politycy, publicyści i intelektualiści, a także temu, jak przedstawiają ją artyści. Jest próbą pokazania w teatrze, filmie i sztukach plastycznych utworów krytycznie opisujących polską historię i pamięć.
Wskazuje na podobieństwa i różnice między traktowaniem historii przez twórców a sposobem, w jaki przeszłość jest obecna w głównym nurcie debaty publicznej.
W książce znalazł się zapis dyskusji z udziałem między innymi Marka Beylina, Agnieszki Holland, Aleksandra Smolara, Adama Szymczyka i Krzysztofa Warlikowskiego. Są też w niej teksty poświęcone twórczości izraelskiej artystki Yael Bartny, a także polskich artystów Wilhelma Sasnala i Artura Żmijewskiego.
Tak, jak już pisaliśmy, książkę można dostać za darmo. Trzeba jedynie wysłać mejla z adresem do Fundacji Batorego debaty@batory.org.pl
Jest też wersja elektroniczna tej książki, która dostępna jest tutaj.

18 listopada, 2009

Aukcje w Rempeksie, Agrze i Desie Unicum - ciekawe prace Hasiora

W związku z wczorajszym postem winien jestem sprostowanie i przeprosiny. Napisałem, że aukcja w Rempeksie odbędzie się w czwartek, tymczasem jest ona już dziś, o godzinie 18.30. Dlatego też dziś kolejna porcja informacji na temat aukcji – tym razem organizowanych przez polskie domy aukcyjne.
Jak już pisałem, do końca listopada odbędą się aż trzy aukcje. Dziś w Rempeksie, w niedzielę w Agra Art, a w następny czwartek 26 listopada w Desie Unicum. Podobnie, jak w przypadku aukcji charytatywnych, więcej wcale nie znaczy lepiej. I w domach aukcyjnych oferta prac do licytacji jest słaba. Widać, że na rynku niewiele jest ciekawych prac ze sztuki współczesnej, coraz częściej domy aukcyjne posiłkują wystawiając prace powstałe całkiem niedawno, w ostatnich kilku latach.


Niewątpliwie atrakcją dzisiejszej aukcji w Rempeksie będzie sztandar Władysława Hasiora. Rzadko pojawiają się takie prace tego artysty jak wysoki na 3,5 metra „Sztandar Blaskomiotny”. Najczęściej na aukcje trafiają drobne prace w lat 90., masowo wytwarzane wtedy przez artystę. A ta praca, powstała w 1981 roku, jest wyjątkowa. Nic więc dziwnego, że jej cena wywoławcza wynosi 50 tysięcy złotych. Jeśli już jesteśmy przy Hasiorze, to przenieśmy się na aukcję Desy Unicum, bo tam z kolei będzie można kupić „kapliczkę” tego artysty zatytułowaną „Łzy Hasiora”. Ta bardzo wczesna praca Hasiora (1962), zbudowana z drewnianego lwa, ampułek, szkła, drutu oraz figurki Buddy ma z kolei cenę wywoławczą 10 tysięcy złotych i jest to praca warta tej ceny.
W Rempeksie będzie można też kupić monotypię Aliny Szapocznikow z 1960 roku (cena wywoławcza 2400 złotych), dwie prace z tego wieku Jarosława Modzelewskiego. Szczególnie ciekawe są duże „Psy z Moskwy”, wystawione z ceną wywoławczą 40 tysięcy złotych. Będzie też akt znanego czeskiego fotografika Jana Saudka, ale jego cena jest bardzo wysoka – 25 tysięcy złotych.
Gwiazdą niedzielnej aukcji w Agrze będzie zapewne „Magiczny flakon” Kazimierza Mikulskiego z 1987 roku. Przy okazji aukcji w Agrze zatrzymajmy się na chwilę, bo z najbliższą aukcja ten dom aukcyjny wprowadził zmiany, które mają upodobnić ja do aukcji odbywających się w zachodnich domach aukcyjnych. Otóż każda praca będzie miała estymację, w której według przewidywań domu aukcyjnego , powinna zakończyć się licytacja. A ta zaczyna się zwykle od połowy górnej granicy estymacji. Gdy jest tylko jeden chętny do licytacji pracy, do ceny gwarantowanej (zwykle poniżej dolnej granicy estymacji) licytować będzie z nim dom aukcyjny. Szczegóły nowych zasad licytacji tutaj. Również oferta Sztuki współczesnej w Agrze jest na tyle słaba, że i ten dom aukcyjny wystawił również prace powstałe w ostatnich latach, z tym że są to już znane nazwiska. Będą prace Rafała Bujnowskiego, Basi Bańdy, Marcina Maciejowskiego, Bartka Materki oraz Twożywa.
I na koniec oferta Desy Unicum, który obok wspomnianej pracy Hasiora również wystawia prace bardzo „świeże”. Licytować będzie można na przykład prace Jarosława Modzelewskiego i Grzegorza Sztwiertni, które posłużyły do stworzenia edycji w Dominik Art Project, a także seryjną pracę z 2001 roku Rafała Bujnowskiego „Sony” z serii przedmiotów codziennego użytku. Cena tej pracy to 15 tysięcy złotych.
Serial aukcyjny rozpoczyna się dziś. Zapraszamy!
Na zdjęciach: Władysław Hasior, Sztandar Blaskomiotny, 1981; Władysław Hasior, Łzy Hasiora, 1962; Kazimierz Mikulski, Magiczny flakon, 1987; Rafał Bujnowski, Sony, 2001

17 listopada, 2009

Końcówka roku: wyjątkowo bogata oferta aukcyjna (dziś aukcje charytatywne)

Końcówka listopada to wyjątkowy „wysyp” aukcyjny na naszym rodzimym rynku. Niestety ilość nie zawsze idzie w jakość – i dotyczy to zarówno aukcji charytatywnych, jak i tych przygotowanych przez domy aukcyjne. Ilość miejsc, w których w najbliższych dniach będzie można kupić sztukę najnowszą, jest doprawdy imponująca.
Jeszcze dziś do południa można licytować na aukcji internetowej domu Agra Art, a już w niedzielę 22 listopada aukcja sztuki współczesnej w tym domu aukcyjnym. W Rempeksie aukcja sztuki współczesnej odbędzie się już w czwartek 19 listopada. Z kolei w konkurencyjnej Desie, aukcja sztuki współczesnej będzie tydzień później, 26 listopada.
Równie napięty jest rozkład aukcji charytatywnych. Najbardziej znana charytatywna aukcja sztuki w Polsce, krakowska aukcja Wielkiego Serca odbędzie się już w tę sobotę – 21 listopada. Z kolei warszawska aukcja na rzecz kwartalnika EXIT – dzień później. Z kolei 26 listopada w Warszawie będzie aukcja charytatywna Ziarno Sztuki – Ogród Nadziei.
Właściwie na każdej z tych aukcji można dziś już licytować za pośrednictwem telefonu. Na każdej również dzięki Artinfo.pl, tak więc kolekcjonerzy nie będą mieli problemu ze zdobyciem „ukochanej pracy”. Problem raczej w tym, czy tę pracę (lub prace) znajdziemy. Bo, jak już pisałem, ilość nie zawsze idzie w parze z jakością.
Dziś skupimy się na aukcjach charytatywnych, na których, jak wiadomo, licytacje zaczynają się od 100 złotych. Organizatorzy Wielkiego Serca poszli w tym roku trochę utartym schematem i ta aukcja bardzo przypomina ofertą ubiegłoroczną. Podobny zestaw nazwisk, mało „nowych twarzy”. Oczywiście pewna „powtarzalność” artystów zawsze była cechą charakterystyczną krakowskich aukcji, ale czegoś w tej ofercie mi brakuje. A że można zdobyć prace innych artystów udowodniły dwie aukcje organizowane przez Martę Deskur (w Krakowie wiosną) i Martę Pruską (jesienią w Warszawie). Na aukcji Wielkiego Serca będzie można kupić prace m.in. Bartka Materki i Karoliny Zdunek (najwyższe ceny prac dwa lata temu), Marcina Maciejowskiego (najwyższa cena trzy lata temu) czy The Krasnals (najwyższa cena w ubiegłym roku). I wśród tych artystów spodziewałbym się tego, który osiągnie najwyższą cenę.

Oprócz młodych, tradycyjnie będą też artyści starsi i średniego pokolenia – Marek Sobczyk, Ryszard Woźniak, Magdalena Abakanowicz, Stefan Gierowski czy praca Stanisława Dróżdża, podarowana przez rodzinę artysty.
Bezbarwna z kolei w ubiegłym roku aukcja EXIT-u w tym roku nabrała trochę rumieńców. Będzie rysunek Zbigniewa Libery (już wkrótce w Zachęcie jego retrospektywa), prace Pawła Jarodzkiego, Anny Konik (finalistka „Spojrzeń”), Kamila Kuskowskiego (zwycięzca „Bielskiej Jesieni”), zdjęcia Natalii LL, Marka Piaseckiego, Sławoja Dubiela, Mikołaja Smoczyńskiego i Wojciecha Prażmowskiego. Warto się wybrać do Hotelu Holiday Inn w najbliższą niedzielę.


A w czwartek w warszawskim Muzeum Narodowym aukcja Ziarno Sztuki – Ogród Nadziei. Tu zestaw prac jest zdecydowanie najsłabszy, choć i tu można znaleźć obiekty warte zainteresowania. Jak choćby fotografie Marty Zasępy, Rafała Milacha czy Teresy Gierzyńskiej, a także obrazy Doroty Buczkowskiej i Joanny Pawlik.


Wszystkie katalogi aukcji charytatywnych można obejrzeć na stronie www.artinfo.pl. A już w czwartek o licytacjach organizowanych przez domy aukcyjne.
Na zdjęciach: Stanisław Dróżdż, Klepsydra, 1967; Zbigniew Libera, Plunge your hands In?, lata 90.; Joanna Pawlik, Bez tytułu, 2006.

16 listopada, 2009

Ostatnie w tym roku aukcje w Nowym Jorku. Koniec kryzysu?

Tuż przed weekendem zakończyły się w Nowym Jorku ostatnie w tym roku duże aukcje sztuki najnowszej. Ich wyniki zaskoczyły pesymistów, a optymistom udowodniły, że rynek sztuki najnowszej powoli odbudowuje się po poważnych tarapatach, w jakie wpadł pod koniec ubiegłego roku.
Szczególnie udana była wieczorna licytacja w domu aukcyjnym Christie’s, na której sprzedano bardzo rzadki obraz Andy Warhola „200 One Dolar Bills” z 1962 roku za prawie 43,8 miliona dolarów. Jeszcze dwa lata temu taka cena za tak nietypowy obraz tego artysty nie wzbudziłaby sensacji – wszak w maju 2007 roku inna praca Warhola „Green Car Crash” również z 1962 roku sprzedała się za rekordowe 71 milionów dolarów. Ale wiele od tego czasu się zmieniło i ten wynik Warhola poszedł w świat. Praca ta ostatni raz pojawiła się na aukcji w 1986 roku. Wtedy to obraz pobił rekord notowań tego artysty na aukcjach. Za 385 tysięcy dolarów kupiła go najprawdopodobniej londyńska kolekcjonerka, Pauline Karpidas. Gdzie od tego czasu znalazł się rynek sztuki najnowszej pokazuje właśnie ta „kryzysowa” cena z minionego tygodnia, którą zapłacił jeden z największych kolekcjonerów świata, Philippe Niarchos.
Wyjątkowo udana aukcja Sotheby’s przyniosła łącznie 134,4 miliona dolarów. Wcześniejsze estymacje prac wahały się w przedziale między 67,9 a 97,7 miliona dolarów. Tak więc górna granica estymacji została znacznie przekroczona, co już dawno nie zdarzyło się na aukcjach sztuki najnowszej.
Trochę gorzej poszło w konkurencyjnym domu aukcyjnym Christie’s, który zakładał sprzedaż w granicach między 61,5 a 88 milionów dolarów. Tymczasem łącznie ten dom aukcyjny należący do kolekcjonera Francois Pinaulta sprzedał prace za 74,2 miliona dolarów. Ta niższa od Sotheby’s sprzedaż została spowodowana głównie przez to, że dwie drogie prace sprzedawane przez znanego kolekcjonera Petera Branta, nie znalazły nabywców. Stało się tak z praca Jeana-Michel Basquiat’a „Brother Sausage” z 1983 roku (estymacja 9-12 milionów dolarów) i „Tunafish Disaster” Andy Warhola (estymacja 6-8 milionów dolarów). Komentatorzy podkreślali zbyt optymistyczną wycenę tych prac. „Jak się daje wysokie estymacje w dzisiejszych czasach, to często nie znajdują one nabywców” – powiedział jeden z nich.
Na szczęście dla Christie’s na aukcji były wystawione też inne prace, jak choćby obraz „Reflection (What does your soul look like)”, który po długiej i zażartej licytacji sprzedał się za 10,2 miliona dolarów (przy estymacji 4-6 milionów dolarów). To blisko rekordu cenowego tego artysty z lutego 2007 roku, który wynosi 11,3 miliona dolarów.
Dobrze również sprzedawały się prace Jeffa Koonsa wystawione przez magnata wydawniczego (i kolekcjonera) Benedykta Taschena. Bardzo wysoką cenę osiągnęła niewielka praca na papierze Roberta Rauschenberga „Untitled” z 1951 roku. Kupił ją nowojorski dealer Luhring Augustine za 938 tysięcy dolarów. Na zakończenie kolekcjonerzy mieli jeszcze aukcje w najmniejszym domu aukcyjnym z „wielkiej trójki” – Phillips de Pury. Tam niespodziewanie najdroższą pracą było dzieło japońskiej artystki Yayoi Kusamy „Infinity Nets (T.W.A) z 2000 roku, którą kupił paryski kolekcjoner Marc Simoncini. Praca sprzedała się za 842 tysiące dolarów – tyle samo co pudełko Brillo (czyli „Brillo Soap Pad Box”) Andy Warhola. Te 842 tysiące dolarów za pudełko Brillo to siedem razy więcej niż dotychczasowy rekord cenowy tej seryjnej pracy Warhola na aukcjach (dotychczas 122 tysiące dolarów, osiągnięte w 2001 roku). Łącznie w Phillips kolekcjonerzy kupili prace za 7,1 miliona dolarów, czyli w górnych granicach estymacji (5,7-8,1 miliona dolarów).
To kolejny dowód, że powoli, acz systematycznie rynek sztuki najnowszej podnosi się z kolan, sprowadzony do tego poziomu przez szybujące w dół ceny od ubiegłej jesieni. Listopadowe aukcje pozwalają z optymizmem patrzyć w przyszłość, choć nadal sprzedają się przede wszystkim te prace, które nie mają „wyśrubowanych” estymacji. Ale to już sprzedający w większości przypadków akceptują. Teraz przed kolekcjonerami ostatnie targi w tym roku. Na początku grudnia zjadą do Miami na Art Basel Miami Beach.

Na zdjęciach: Andy Warhol, „200 One Dolar Bills”, 1962; Peter Doig, „Reflection (What does your soul look like)”,1996; Yayoi Kusama „Infinity Nets (T.W.A)”, 2000.

15 listopada, 2009

Projekt Orbis Pictus startuje w Krakowie

Już w najbliższy piątek wernisażem wystawy Literatura, w Krakowie na ulicy Floriańskiej 22, startuje niezwykle ciekawy projekt Orbis Pictus. Projekt ten to zestaw wydarzeń, warsztatów, wystaw i wykładów poświęconych komiksowi i jego miejscem we współczesnej kulturze oraz przenikaniem się ze sztuką najnowszą oraz literaturą.

Wystawa „Literatura” odwołuje się do popularnego stereotypu, nakazującego traktować komiks jako fenomen związany ściśle z kulturą druku. Przewrotny tytuł należałoby jednak potraktować jako kontrapunkt dla poszukiwań twórców, eksplorujących problematyczny „obszar graniczny", zrodzony z napięć między narracją werbalną i wizualną, Wystawę można również odczytać jako przekorne nawiązanie do działań XIX-wiecznego proto-dadaistycznego ruchu Sztuk Niezbornych, powołanego przez komiksowych rysowników i ilustratorów, pragnących wykorzystać swe doświadczenia (wyniesione z obszaru sztuki masowej) podczas kreacji artystycznego „anty-Salonu" (którego działalność okazać się miała antycypacją elitarnej sztuki awangardowej); uczestnicy projektu „Literatura” dokonują niejako inwersji „niezbornych" założeń, z poziomu galerii sztuki rewaloryzując medium uznawane powszechnie – a przynajmniej na naszym rodzimym gruncie – za synonim kultury popularnej.

Do udziału w projekcie zaproszono zarówno twórców o znacznym dorobku jak i grono
interesujących debiutantów. Swoistymi „białymi krukami” pośród prezentowanych prac jest pokaźny zbiór oryginalnych szkiców Macieja Sieńczyka oraz archiwalny, dotychczas nie wystawiany komiks Juliana Antonisza.
Przy okazji otwarcia wystawy zapraszamy na wykład kuratora całego przedsięwzięcia Jakuba Woynarowskiego pt„Story art: komiks jako medium sztuki współczesnej”
Wykład zorganizowany przy okazji wystawy „Literatura”, obejmuje całokształt zagadnień związanych z funkcjonowaniem komiksu w intermedialnym obiegu sztuki współczesnej, ze szczególnym uwzględnieniem perspektyw wykorzystania tego medium w realiach polskiego artworldu.

Celem, jaki stawia sobie autor prezentacji (wychodząc daleko poza wąskie kategorie „rynku branżowego”) jest również próba wpisania refleksji o komiksie w dyskurs historii (polskiej) sztuki – wbrew rozpowszechnionemu wśród przeciwników gatunku przekonaniu o jego immanentnej kiczowatości.

Punktem wyjścia do tego typu rozważań może być analiza dokonań dwóch odległych pokoleniowo „formacji”: grupy grafików skupionych w latach 70-tych wokół magazynu „Szpilki” (m.in. Sławomir Mrożek, Henryk Tomaszewski, Andrzej Czeczot, Andrzej Dudziński, Andrzej Krauze) oraz artystów wpisujących się w „rewolucję” zapoczątkowaną pod koniec lat 90-tych przez galerię „Raster” (Wilhelm Sasnal, Marcin Maciejowski, Janek Koza, Maciej Sieńczyk, Małgorzata Jabłońska, Pola Dwurnik, Agata „Endo” Nowicka, Sławomir Shuty).


Więcej informacji na : www.orbis-pictus-pl.blogspot.com
Będziemy sukcesywnie informować o kolejnych wydarzeniach

Uczestnicy:
Julian Antonisz / Maciej Chorąży / ersatz / Kaja Gliwa / Justyna Gryglewicz / Małgorzata Jabłońska / Mikołaj Moskal / Paweł Olszczyński / Agnieszka Piksa / Paulina Sadowska / Sławomir Shuty / Maciej Sieńczyk / Katarzyna Skrobiszewska / Darek Vasina / Kuba Woynarowski


Na zdjęciach prace Macieja Sieńczyka i Kuby Woynarowskiego