Tak. Już od jakiegoś czasu robiłam te akwarele i dostałam propozycję od Zderzaka wystawienia tych prac. Jest to słowniczek języka angielskiego. Jak zaczęłam się uczyć angielskiego, malowałam sobie różne słówka, tak aby było łatwiej mi się uczyć.
Ile powstało takich akwarel?
Trudno mi powiedzieć, ponad setka… Planowane jest wydanie książki z tymi akwarelkami.
Faktycznie używałaś ich do nauki języka?
Na początku tak. Potem przerodziło się to w odrębny projekt. Zaczęłam to robić już chyba dwa lata temu.

Dobór słów był celowy czy też był zupełnie przypadkowy?
Nie, nie był zupełny przypadek. Notowałam słowa, które poznawałam lub które znalazłam w materiałach.
Jak ci się podobał „salon kobiecy” podczas wystawy malarstwa w Zachęcie?
Wszyscy go tak krytykują (śmiech) … Ja tylko żałuję, że nie miałam wpływu na wybór prac pokazywanych w Zachęcie, gdyż wolałabym pokazać swoje nowsze prace. O całej wystawie dowiedziałam się dość późno, Agnieszka Morawińska zwróciła się do Zderzaka po moje prace, ja nic nie wiedziałam, że moje prace znajdą się w Zachęcie.
Jak myślisz czy ma sens takie wydzielanie przestrzeni dla kobiet?
Nie wiem. Jest to takie klasyfikowanie i narzucanie ludziom sposobu myślenia…
Nie boisz się, że na stałe zostaniesz zaklasyfikowana na stałe do nurtu kobiecego, feministycznego?
Szczerze mówiąc nie myślę o tym. Widzę, że to wszystko w tym kierunku idzie, że jestem zaliczana do tego nurtu kobiecego. Trochę się tego spodziewałam, ale nie było to moim zamierzeniem. Wolałabym aby oceniano moje obrazy, a nie mówiono, że są to kobiece obrazy.
Jeśli mogłabyś wybrać w jakim „towarzystwie” powiesiłabyś swoje prace?
Ojej trudno powiedzieć, może moich kolegów z Zielonej Góry.
Skoro jesteśmy przy Zielonej Górze. Jest coś takiego jak zielonogórska szkoła malarstwa? Ty, Przemek Matecki, Rafał Wilk, Seweryn Szwacha…
Chyba nie. Sporo rzeczy dzieje się wokół BWA w Zielonej Górze. Sporo robi Wojtek Kozłowski, który nakręca całe środowisko artystyczne i pomaga młodym artystom. O szkole zielonogórskiej mówią ludzie z zewnątrz. Dla nas jest to trochę zabawne. Nie mamy wspólnych myśli w tym malarstwie, tylko bardzo dobrze się znamy i często spotykamy.

W Tygodniku Powszechnym Prof. Maria Poprzęcka przytacza, w konbtekście wystawy w Zachęcie (Malarstwo XXI wieku), wypowiedź Doroty Jareckiej, która twierdzi, że mężczyźni tak zdominowali malarstwo, że aby zaistnieć, kobiety-artystki muszą znaleźć sobie inne formy przekazu (media). Ty do malarstwa dodałaś formy czysto kobiece – ubrania, prace szydełkowe…
Nie. Jak zaczęłam robić swoje prace, nie chciałam ani się odróżnić ani zaznaczyć swojej kobiecości. U mnie to wyszło w sposób naturalny. Zaczęło się od tego, że zaczęłam robić szalik, a nie lubię robić na drutach, to była pierwsza rzecz jaką zrobiłam. W pewnym momencie stwierdziłam, że skoro już tyle zrobiłam, to muszę to jakoś wykorzystać i tak to się zaczęło. Jeśli chodzi o te wszystkie ubranka, to mają one na celu zasłanianie różnych rzeczy, moich myśli – niż o element kobiecy, fatałaszki, ubranka i inne sprawy.
A zasłaniasz dlatego, że są to rzeczy wstydliwe?
Chyba tak. Dla mnie trochę wstydliwe i intymne.
Przez wiele osób jesteś ceniona za to, że potrafisz przełamywać tabu… Tak mówią na przykład inne artystki.
Z jednej strony jest to przyjemne i cieszę się z tego. Ale też dystansuję się od tego, co o mnie piszą. Nie biorę tego do siebie.

Często to co jest u ciebie namalowane jest wzmacniane słowami. Czy to co malujesz, nie jest na tyle „mocne”, że musisz to wzmocnić słowami?
Te mocne słowa pojawiają się najczęściej przy pracach „spontanicznych”, Nie wynika to z tego, że chcę wywołać skandal czy kogoś zbulwersować używając takich słów. Po prostu mam taką potrzebę i czuję, że te słowo musi tam być. Na codzień takich słów nie używam (śmiech).
Czy spotkałaś się z próbą cenzury twoich prac ze względu na tematykę lub słownictwo?
Tak. Nawet ostatnio przy okazji wyboru moich prac do przygotowywanej wystawy w muzeum w Gorzowie, te bardziej obsceniczne zostały odłożone na bok. W zaproszeniu do Zderzaka jest też chyba wzmianka, że wystawa jest dla widzów dorosłych.
Czy masz jakieś swoje wewnętrzne granice, których nie przekraczasz?
Z pewnością, jednak staram się w swojej pracy nie narzucać żadnych ograniczeń.
Czy dokonywałaś autocenzury swoich prac? Po namalowaniu stwierdzałaś, że to było za mocne i zmieniałaś to..
Tak zdarzało się tak. Często też na pokazach bardzo głupio się czułam, Na przykład na zajęciach u Jarka Kozłowskiego (poznańska ASP) trzeba było pokazywać swoje prace i je omawiać. Czasami czułam się tam niezręcznie...

Wernisaże … to duży stres dla Ciebie?
Nie lubię tak się pokazywać publicznie, wypowiadać się publicznie na temat swoich prac. Jak ktoś podejdzie do mnie z boku i zapyta, to nie ma problemu. Tak na większym forum to wstydzę się..
Zielona Góra jest bliżej Berlina niż Krakowa czy Warszawy. Ciągnie ciebie coś w tamtą stronę, z punktu widzenia rozwoju kariery?
Nie myślałam o tym. Na razie jest mi dobrze w Zielonej Górze.
Porzucisz kiedyś kolor różowy?
Miałam już okres przerwy, ale teraz znowu ten kolor wrócił jako tło. Nie wiem dlaczego, ale mam jakiś taki przymus wewnętrzny, aby użyć tego koloru jako tło.

Na ile twoje prace znajdują odzwierciedlenie w twoim życiu, są takim twoim pamiętnikiem?
No na pewno są one mocno ze mną związane i z jakimiś moimi przeżyciami. Nie chciałabym jednak, aby były odbierane jako rzeczy z mojego życia, tylko aby każdy znalazł tam jakąś swoją własną historię.
Jak malujesz? Codziennie?
Tak codziennie. Raczej w nieokreślonych godzinach. Rzadko mam takie dni, że nic nie robię.
Prezentowane prace: Basia Bańda, dzięki uprzejmosci artystki.





Panujesz nad tym, gdzie trafiają Twoje obrazy?
później do Warszawy, do Zachęty. Film do Muzeum Sztuki w Bytomiu. Niedużo w Polsce.
Jak donosił nasz nowojorski korespondent, Wojtek Nyc, sprzedały się wszystkie prace Ołowskiej z tej wystawy w cenie od 10 do 30 tysięcy dolarów.

Następnym krokiem to były targi Art Basel w 2002 roku…Razem w wystawą „Painting on the Move”...
Jest już, ale to jest wspólny katalog wszystkich nominowanych. Tak jak wystawa.










Jest to kopia nr 1 w edycji do 3 sztuk. Z kolei wielbiciele Zbigniewa Libery będą mogli kupić jego bardzo wczesny, realistyczny „Portret kolegi z Pabianic” z 1980 roku. Cena jest jednak zdecydowanie przesadzona – 13.400 PLN, ale na aukcjach Desy Unicum można licytować w dół.
– to naprawdę duży rarytas dla wielbicieli „modzeli”. Cena odpowiednia do klasy pracy – 27.000 PLN i pewnie pójdzie w górę, bo klienci Desy Unicum lubią Gruppę – na poprzedniej aukcji świetnie sprzedał się obraz Marka Sobczyka, ustanawiając rekord cenowy jego prac na aukcjach. Z Gruppy na aukcji pojawi się też niewielką pracą na papierze Paweł Kowalewski (cena wywoławcza 3.500 PLN). Z kolei kolekcjonerzy Wróblewskiego będą mogli kupić późne „Gimnastyczki” z 1957 roku – uroczą akwarelkę z ceną wywoławczą 13.000 PLN. Dla prawdziwych wielbicieli Wróblewskiego jest jego szkolna wprawka z 1942 roku „Swawolny Dyzio” z ceną wywoławczą 4.000 PLN. Wróblewskiemu oczywiście pomogą trwające wystawy w Warszawie i Krakowie, choć w przypadku Wróblewskiego nie wiem, czy mogą jeszcze bardziej pomóc. W końcu to legenda naszego powojennego malarstwa.











Na malarstwie Tomka poznał się nie tylko Wilhelm Sasnal. Tomek miał już solową wystawę w krakowskiej galerii Nova, w sobotę otwiera wystawę w berlińskiej Zak Galerie. Latem weźmie udział w wystawie zbiorowej wraz z legendarnym Takashi Murakami.
który ostatecznie osiągnął cenę 96.000 dolarów (czyli ponad 283 tysięcy PLN). Estymacja tego obrazu wynosiła 40-60 tysięcy dolarów. Trochę tańszy był drugi obraz z Guggenheim – M 51, który kosztował 78.000 dolarów (czyli ponad 230 tysięcy PLN). Tu estymacja została pobita zdecydowanie, bo obraz był wyceniany tylko na 15-20 tysięcy dolarów.