16 czerwca, 2007

Ścianki z Warhola na Art Basel 38

Trudno ogarnąć w syntetycznej relacji takie zjawisko jak Art Basel – ale mimo wszystko należy się nam jakieś podsumowanie targów w Bazylei. To, że są największe, najważniejsze, najbardziej prestiżowe i każdy chce tu być – to jasne. Czy naprawdę jest tak, że wiele galerii i galerzystów miesiące przed targami myśli, co tu pokazać, wstrzymywane są sprzedaże prac, po to, by sprzedać te prace właśnie tu? Sądząc po ofercie to chyba właśnie tak jest. Ale Art Basel to nie tylko stoiska poszczególnych galerii – to także znakomita prezentacja Art Unlimited – najciekawszych, zdaniem rady targów prac w wielkim formacie, które z przyczyn technicznych nie możemy zobaczyć w boxach galeryjnych. Ale o Art Unlimited napiszę jeszcze jutro osobny post, bo zdecydowanie ta prezentacje na to zasługują.
Wróćmy do głównych targów i zacznijmy może od rynku wtórnego, czyli dealerów sztuki, których organizatorzy umieścili na parterze. Niewątpliwie hossa na rynku aukcyjnym uczyniła pracę dealerów trudniejszą – gdy dziś można uzyskać tak wielkie pieniądze na aukcjach, kto będzie sprzedawał wybitne prace dealerom? I to widać – na Art Basel jest dużo dobrych prac historycznych – ale brakuje prac naprawdę wybitnych. Zamiast tego część dealerów rozpoczęła pojedynek na to, kto bardziej zapełni swoją ścianę portretami autorstwa Andy Warhola. Prace drogie – z reguły ponad milion euro do kilku milionów euro za sztukę, ale wyprodukowane w takich ilościach, że nawet dziś można je jeszcze znaleźć na rynku. A jakie wrażenie robią na klientach? Takich „ścianek” widziałem kilka – poniżej prezentuję dwie z nich. Jedna z nich z galerii Gray z Chicago,
druga z nowojorskiej galerii Shafrazi.
I trzeba tu dodać, że takich „ścianek” było tu więcej.
Warhol oczywiście jest „królem” drugiego obiegu sztuki – jego prace wystawiło aż 30 galerii. Oczywiście jest też dużo prac Jeana-Michalea Basquiata. Nowojorska galeria Van der Weghe wystawiła i momentalnie sprzedała bardzo dobry obraz „Donut Revenge”
z poszukiwanego okresu twórczości tego artysty (1982 rok powstania pracy).
Wraz ze wzrostem zainteresowania „sztuką ulicy” (ostatnie sukcesy aukcyjne Banksy’ego) większe zainteresowanie jest pracami Barry’ego McGee.

Jego „Bathroom instalation” z 2005 roku pokazał znany dealer Jeffey Deitch. W zamalowanej sprayem łazience ostatnie pociągnięcie wykonuje ruchoma rzeźba. Pracę, która wyceniana była na 175 tysięcy dolarów, zarezerwowała amerykańska kolekcja.
Kolońska galeria Kewenig zaprezentowała monumentalną, historyczną pracę Christiana Boltanskiego, przygotowaną na Biennale w Wenecji w 1993 roku. Praca zatytułowana jest „Venice Biennale 1938-1993”.

Całą jedną ścianę galerii wypełniły 193 fotografie prac z weneckiego biennale z 1938 roku wymieszane ze zdjęciami świata przygotowującego się do II wojny światowej.
Przez chwilę na stoisku madryckiej galerii Gonzalez poczułem się jak w domu, bo na dwóch ekranach LCD leciała rewelacyjna praca Billa Violi „Cicha Góra” (edycja 1/5), pokazywana właśnie na wystawie tego artysty w warszawskiej Zachęcie. Cena tej pracy to 500 tysięcy dolarów.

Jeżeli już jesteśmy przy tematach mistyczno-religijnych – to jeszcze jedna praca, izraelskiego artysty Adi Nesa na stoisku Sommer Contemporary Art z Tel Awiwu. To wielkoformatowa fotografia zatytułowana „Samuel and Saul”. Piękna praca umiejętnie wykorzystująca możliwości fotografii.
Generalnie fotografia na Art Basel rozczarowuje. Niewiele jest prac fotograficznych, które wnoszą coś nowego. Rozwija się natomiast wideo. 16-minutowy film Brytyjczyka Douga Aitkena (303 Gallery z Nowego Jorku) przyciąga tłumy oglądających. Film pokazuje linearnie kilka nowojorskich nocnych historii, granych przez takich artystów jak Tilda Swinton i Donald Sutherland. Pięknie oprawiony muzyką film pokazuje, w jaką stronę przesuwa się sztuka wideo, oczywiście, jeśli są na taką produkcję fundusze. W film w edycji do sześciu sztuk został już sprzedany.
Rumuński artysta Victor Man, o którego w ubiegłym roku umieściliśmy „Na naszym radarze”, jest już w kilku bardzo dobrych galeriach. Oczywiście wystawia go na LISTE macierzysta galeria Plan B, ale jego instalacja malarsko-rzeźbiarska jest również na stoisku kolońskiej galerii Johnen+Schoettle (cena 17.000 euro), a także w kalifornijskiej galerii Bloom&Poe, która w przyszłym roku planuje wystawę artysty. To duży sukces tego artysty, jeszcze dwa lata temu prawie nieznanego.
Generalnie wszyscy galerzyści są zadowoleni ze sprzedaży. Na stoisku bardzo modnej lipskiej galerii Eiger+Art (tam wystawiają m.in. Neo Rauch, Matthias Weischer i Tim Eitel) stoisko jest aranżowane na nowo każdego dnia, tak aby pokazać również tych mniej znanych artystów niemieckiej galerii.

Dziś jeszcze o polskich artystach w ofercie zachodnioeuropejskich i amerykańskich galerii, natomiast jutro o Art Unlimited. A w poniedziałek o targach LISTE.

15 czerwca, 2007

Polskie galerie na targach Art Basel 38

Polska obecność na targach Art Basel systematycznie poprawia się. Zdecydowanie można powiedzieć, że jesteśmy najlepiej reprezentowaną nacją z Europy Środkowej i Wschodniej. Mamy tu trzy galerie i ponad 20 artystów – zarówno w polskich galeriach, jak i zachodnioeuropejskich i amerykańskich. Dziś może zatrzymajmy się polskich galeriach.
Fundacja Galerii Foksal przywiozła do Bazylei większość swoich artystów. Na ścianach stoiska FGF można było zobaczyć prace obrazy Wilhelma Sasnala, Piotra Janasa i Jakuba Juliana Ziółkowskiego. Te pierwsze zdecydowanie zdrożały w porównaniu do cen sprzed pół roku w Miami. Wtedy najdroższe duże prace Wilego kosztowały 45 tysięcy euro, dziś 75 tysięcy euro. Za 40 tysięcy euro można dziś kupić małe obrazy Sasnala i to nie tylko na stoisku FGF, ale również w innych reprezentujących go galeriach: Sadie Coles Londynu, a także Anton Kern z Nowego Jorku. Oczywiście sprzedały się w pierwszych godzinach targów.

Obrazy Sasnala i Ziółkowskiego w FGF
W nowych obrazach z tego roku Wili wrócił trochę do swojego dawnego stylu malowania z wyraźniej zaznaczonymi postaciami, mniejszą ilością „zniekształceń”. Nadal „ulubionym” kolorem jest szary, ale zaczęły się też pojawiać bardziej zdecydowane tonacje. Bardzo ciekawe prace.
Wielką karierę robi Jakub Julian Ziółkowski. Fundacja sprzedała prawie wszystkie prace przywiezione do Basel – a było tego niemało. Ponad dwadzieścia rysunków (w cenie od 5 do 6 tysięcy euro) oraz osiem obrazów (w cenie od 8 tysięcy euro). Prace Kuby, coraz ciekawsze, coraz więcej opowiadające, były również na stoisku galerii Hauser&Wirth, ale tam również już ich nie ma. Co ciekawe, duża część prac Kuby sprzedana została klientom amerykańskim, a przecież nie ma on „swojej” galerii w USA. Obecnie trwają dwie wystawy, w których bierze udział Jakub Ziółkowski – właśnie w Hauser&Wirth (wystawa „Old School”, gdzie obok prac Currina, Kilimnik, Raedeckera czy właśnie Ziółkowskiego można zobaczyć też obrazy starych mistrzów – Breugla, Cranacha czy Bouchera) oraz w nowojorskiej 303 Gallery.

Bardzo ciekawy obraz Piotra Janasa w FGF
Obraz (wielki dyptyk – „Bez tytułu”) Piotra Janasa też sprzedał się błyskawicznie (cena: 20 tysięcy euro), podobnie jak instalacja przestrzenna z ramą od drzwi i pogiętą plątaniną prętów zbrojeniowych Moniki Sosnowskiej (35 tysięcy euro), która reprezentuje Polskę na weneckim Biennale.
Szef FGF, Andrzej Przywara podkreśla, że udział w takich targach jak Art Basel jest ważny, ale dla niego osobiście, jak i dla galerii równie ważne, jeśli nie ważniejsze jest to, że trójka polskich artystów reprezentowanych przez galerię bierze udział w trzech najważniejszych imprezach artystycznych tego lata: właśnie Monika Sosnowska w Wenecji, Artur Żmijewski na Documenta XII w Kassel, a Paweł Althamer na Skulptur Projekte w Muenster.
Dla uzupełnienia opisu oferty FGF dodam, że w Bazylei można było też zobaczyć zapis wideo pracy z 1991 roku (jeszcze z czasów studiów w słynnej „Kowalni”) Pawła Althamera „Kardynał”, 5 kolaży Anny Niesterowicz dla „Krytyki Politycznej”, będące ilustracjami do prac Sławoja Żiżka oraz niemowlę w betonowym beciku Roberta Kuśmirowskiego (sprzedane za 8 tysięcy euro momentalnie – spóźnieni klienci próbowali „namawiać” galerię do stworzenia edycji tej pracy).


Na stoisku Galerii Starmach. Po lewej fotografie Jadwigi Sawickiej, posrodku obraz Sasnala z Christie's, a po lewej słu z pracami Edwarda Krasińskiego
Na stoisku krakowskiej Galerii Starmach, który zlokalizowany jest na piętrze wśród dealerów sztuki, królował sprzedany za ponad 300 tysięcy euro do dużej prywatnej kolekcji obraz liczony Romana Opałki. W większości nabywców znalazły również prace Edwarda Krasińskiego (za trochę wyższe ceny, jak ostatnio sprzedane obrazy Krasińskiego na aukcjach Polsce – mówi Andrzej Starmach), Henryka Stażewskiego. Galeria sprzedał również kilka prac z lat 60. Mariana Warzechy, co szczególnie ucieszyło galerzystów z Krakowa, ponieważ nie jest to znane nazwisko dla zagranicznych kolekcjonerów.

Praca Romana Opałki królowała na stoisku Galerii Starmach. Po lewej Krasiński, po prawej Stażewski
Z najnowszej sztuki Starmach pokazał wielkoformatowe fotografie ubrań Jadwigi Sawickiej (edycja do 3 sztuk w cenie 2700 euro – dwie sprzedane fotografie) oraz fotografie Krzysztofa Zielińskiego z cyklu Hometown (edycja 5+2) w cenie również 2700 euro. Prace Zielińskiego sprzedawały się znakomicie – galeria sprzedała od jednej do czterech sztuk każdej z czterech prezentowanych prac.
Na ścianie wisiał także obraz Wilhelma Sasnala przedstawiający pomnik w zieleni, który został sprzedany w marcu na aukcji w nowojorskim domu aukcyjnym Christie’s za 26.400 dolarów. Dziś już wiemy, kto był nabywcą tej pracy. Na Art Basel ta praca Wilego kosztowała już jednak 60.000 euro i na razie pozostała jedyną pracą tego artysty nie sprzedaną w Bazylei. Widać nikt nie chciał zapłacić tak dużego premium za niedawno kupiony na aukcji obraz Sasnala.
Na stoisku Galerii Starmach można było też oglądać wspaniałą, muzealną instalację „Wszystko wisi na włosku” Tadeusza Kantora składającą się z ośmiu obrazów. – Nie planowaliśmy tego sprzedać tutaj – powiedział Andrzej Starmach – A raczej pochwalić się nią przed kolekcjonerami.

Łukasz Gorczyca i Michał Kaczyński zadowoleni z targów
Od drugiego dnia targów Paulina Wrocławska, Michał Kaczyński i Łukasz Gorczyca z Rastra głównie zajmowali się informowaniem klientów, że edycja zdjęć „Untitled Film Stills” Anety Grzeszykowskiej, jest już wyprzedana w całości. Projekt Anety Grzeszykowskiej to kolorowy „remake” słynnej pracy Cindy Sherman, ale sfotografowanego w warszawskich, a nie nowojorskich plenerach i wnętrzach. Praca, która jest w edycji 7 sztuk i zawiera 70 zdjęć, sprzedała się momentalnie. Jeden cały zestaw, jak już pisałem, kupili znani kolekcjonerzy, również sztuki polskiej, Mera i Don Rubellowie (mają też oryginalne zdjęcia z projektu Cindy Sherman). Na dwa pozostałe pełne zestawy projektu Raster zbiera „zamówienia” od dużych kolekcjonerów i instytucji muzealnych, a komu je sprzeda – Łukasz i Michał zdecydują po targach w Bazylei. Cena zestawu 70 zdjęć to 30 tysięcy euro.

Projekt Anety Grzeszykowskiej na Art Statements
Pozostałe zestawy były sprzedawane w częściach (minimalna ilość to pięć zdjęć, które kosztowały 3 tysiące euro) – i trafiły między innym do słynnego Muzeum Fotografii Winterthur w Szwajcarii, do niemieckiej kolekcji Schuermann. Pięć zdjęć kupiły także, co ciekawe, galerzystki z nowojorskiej galerii Metro Pictures, która jest macierzystą galerią Cindy Sherman (jeszcze jedna ciekawostka – w Metro Pictures wisi jedna fotografia Cindy z tego projektu – Untitled Film Stills którą można kupić za … 300 tysięcy euro).

O pozostałych polskich artystach obecnych na Art Basel, a także o ofercie galerii lokal_30, która bierze udział w targach młodych galerii LISTE (w ubiegłym roku był tam jeszcze Raster, a teraz obok lokalu_30, są też m.in. rumuński Plan b i praska galeria Hunt Kastner) w jednej z kolejnych relacji.

14 czerwca, 2007

Art Basel 38 - pierwsze wrażenia, pierwsze zdjęcia

Główny budynek targów Art Basel 38. A przed nim rzeźba Anisha Kapoora…
Rzeczywiście katalog Art Basel 38 to cegła rozmiarów średniowiecznych cegieł. Waży tyle, że w siatce, którą dają do katalogu organizatorzy urywają się uszy. Rozpakowałem ją z folii i szybko przekartkowałem. Na bliższe spotkanie z katalogiem największych, najważniejszych i w ogóle naj-, przyjdzie jeszcze czas.
Do Bazylei dotarłem dopiero dziś po południu. Na jakiekolwiek głębsze refleksje jeszcze za wcześnie. Dziś dosłowie „przeleciałem” przez część stoisk na Art Basel, odwiedziłem też targi młodych galerii LISTE. Dlatego dziś raczej ogólne informacje o targach oraz zdjęcia z tego, co widziałem.
Targi w tym roku odbywają się w niesamowitej dla sztuki współczesnej sekwencji. W ubiegłym tygodniu rozpoczęło się weneckie Biennale, jutro otwierają się dla szerokiej publiczności Documenta w niemieckim Kassel. A pomiędzy nimi wielka sztuki, wielcy kolekcjonerzy, najznakomitsze galerie, świetni artyści – czyli Art Basel.
Każda licząca się galeria marzy o tym, by dostać się na te targi. Ale udało się to w tym roku tylko 300 galeriom z 33 krajów, ostro wyselekcjonowanych przez międzynarodowe jury. Najwięcej, bo aż 73 galerie, są oczywiście z USA. Ale Amerykanom niewiele w tym roku ustępują Niemcy – bo na targi dostało się aż 55 niemieckich galerii. Dalej są Brytyjczycy, Francuzi, Szwajcarzy i Włosi, a potem już reszta krajów. Wśród nich galerie z Indii, Chin, Brazylii, Turcji, Rosji, RPA, Libanu i Izraela. Wśród tych krajów jest też Polska z której są aż 3 galerie: Starmach z Krakowa i Fundacja Galerii Foksal oraz Raster z Warszawy. Czy to dużo? Tak – dla porównania Szwecja, gdzie rynek sztuki współczesnej jest dużo bardziej rozwinięty też ma tu dwie galerie, a Holandia - cztery. Jeśli do tego dodamy lokal_30 z Warszawy, który bierze udział w targach LISTE, to naprawdę nasz udział jest w Bazylei znaczący.
Co pokazały polskie galerie? Jacy inni polscy artyści pojawili się w ofercie zagranicznych galerii? Co ciekawego mozna zobaczyc? O tym w następnych dniach. Dodam, ze organizatorzy spodziewają się ponad 50 tysięcy zwiedzających, a bilety kosztują: 30 franków szwajacarskich za bilet za 1 dzień, 75 franków za karnet na całe targi i 55 franków za bilet weekendowy. Nowym sposnorem Art Basel, w miejsce producenta luksusowej biżuterii Bulgari został inny producent dóbr podobnie luksusowych - Cartier, który na targach prezentuje również osiągnięcia swojej fundacji z siedzibą w Paryzu (Fondation Cartier pour l'art contemporain) na rzecz popularyzacji sztuki
Dziś jeszcze trochę zdjęć, które zrobiłem na Art Basel oraz krótkie opisy do nich.

Stoisko Fundacji Galerii Foksal – po lewej duży obraz Wilhelma Sasnala, na wprost dyptyk Piotra Janasa, na który patrzymy poprzez instalację Moniki Sosnowskiej. Nie muszę dodawać, że wszystkie te prace już znalazły właścicieli.

Jeszcze raz stoisko FGF i praca Roberta Kuśmirowskiego.



Stoisko Galerii Raster – projektem Untitled Film Stills Anety Grzeszykowskiej, będącym „warszawską” wersją słynnej pracy Cindy Sherman. Raster również sprzedał wszystkie prace (70 zdjęć w edycji 7 egzemplarzy). Jeden cały zestaw kupili Mera i Don Rubellowie do swojej kolekcji.

Stoisko Galerii Podnar ze Słowenii. Na pierwszym planie praca węgierskiego artysty Attyli Csorgo „How to construct an Orange II” (z lat 1993-2006) – którą zarezerwowało słynne Muzeum Pompidou w Paryżu. Cena instalacji – 60 tysięcy euro. Papierowe „pomarańcze” utrzymują się w powietrzu dzięki specjalnym dmuchawkom. W tle rysunki rumuńskiego artysty Dana Perjovschi.


Praca „Legs” (neon w edycji 3 sztuk) brytyjskiej artystki Tracey Emin, której prace sprzedają się w Bazylei jak świeże bułeczki. Praca z galerii White Cube z Londynu.


Iluzjonistyczna instalacja Guya Zagurskiego „Step by step” w galerii Sommer Contemporary Arts z Tel Awiwu.

Na stoisku francuskiej galerii gb agency słowacki artysta konceptualny Juliusz Koller gra ze swoim odbiciem w ping-ponga.




Performance amerykańskiego artysty Williama Hunta, o którym jeszcze napiszę. Hunt dwa razy dziennie wchodzi na 10 minut do wypełnionego wodą samochodu i posiłkując się butlą z powietrzem śpiewa w wodzie do specjalnie skomponowanego utworu. Widzowie słyszą jego „śpiew” dzięki specjalnym mikrofonom w wodzie, które przenoszą go do potężnych kolumn.



Rozmowa z Pawłem Książkiem za tydzień na Artbazaar

W przyszły piątek zapraszamy na rozmowę z Pawłem Książkiem. Z Pawłem spotkaliśmy się dwa tygodnie temu w jego mieszkaniu i pracowni na krakowskim Kazimierzu. Rozmawialiśmy o wielu rzeczach, o sztuce, muzyce, jego dotychczasowej drodze artystycznej oraz o tym jak w jego pracach zaczął „znikać” kolor…



Poniżej fragment naszej rozmowy

Twoja twórczość jest bardzo wdzięczna dla przyszłego biografa – malujesz cyklami, projektami. Widać wyraźne przejście od etapu psychodelicznego kolorowego , akrylowego) do, około roku 2004, do tego co dzisiaj robisz etapu, gubienia koloru… W jaki sposób straciłeś kolor?

Bardzo osobiste pytanie (śmiech). Może utraciłem radość życia… Mam wrażenie, że wyniknęło to głównie ze zmiany technologii, z przejścia na farby olejne, które dają bardziej akademicką i szlachetną paletę. Uważam, że nadal maluję "kolorowo", ale nie radośnie. Gram na subtelniejszych zestawieniach, zastanawiam się nad każdym dotknięciem pędzla, gdyż niesie ono emocje. Na pewno dojrzałem i wyciszyłem się. Mam większą świadomość pewnych rzeczy. Odkryłem że dużo większą przyjemność mam z kontaktu z muzyką co powoduje, że nie mam ciśnienia, aby malować 365 obrazów rocznie ale to przyjemne łączyć obie pasje.

Na zdjęciu: Paweł Książek – „Urządzenia drukujące”

Podwójny Lebenstein w Rempeksie

Wbrew naszym oczekiwaniom punktem kulminacyjnym wczorajszej aukcji w Rempeksie nie była licytacja pracy Edwarda Krasińskiego tylko Figury osiowej Lebensteina. Praca pt. Figura Osiowa numer 77 z wywoławczych 100 tysięcy osiągnęła cenę 220 tysięcy złotych. Zaskoczeniem może być dwukrotne przebicie ceny wywoławczej, ale jak wiadomo przy pracach wybitnych i wyjątkowych, a ta niewątpliwie do takich należy, jedynym ograniczeniem jest nasza wyobraźnia. Tu zwycięzca aukcji miał dużą wyobraźnię, ale tez kupował rzecz wyjątkową, nie wiem czy tego formatu praca Lebensteina w najbliższym czasie zagości na naszych aukcjach.


Dobrą cenę osiągnęła też praca Edwarda Krasińskiego, chociaż przyznam, iż spodziewaliśmy się rekordu. W przypadku pracy „Intervention 25” z 1975 roku zwycięzca musiał trzymać rękę w górze aż prowadzący ogłosił kwotę 125 tysięcy złotych.

Na zdjęciu: Figura Osiowa nr 77 Lebensteina, dzięki artinfo.pl

13 czerwca, 2007

Z półki kolekcjonera- Fangor. Prace na papierze w kolorze

Warszawska Galeria aTAK wydała katalog towarzyszący wystawie prac Wojciecha Fangora zatytułowany – „Fangor. Prace na papierze w kolorze”. Katalog został wydany w dwóch wersjach gdzie część nakładu (300 egzemplarzy) posiada lekko zmienioną okładkę i co najistotniejsze, książki te zostały ponumerowane i podpisane przez samego mistrza.


Album towarzyszy wystawie: Wojciech Fangor. Prace na papierze w kolorze z lat 1948-2006, Galeria aTAK, Warszawa, 1. czerwca - 31. lipca 2007.

12 czerwca, 2007

TCB – Damien Hirst

„Taking care of business” (TCB) motto Elvisa Presleya i Mafii z Memphis, bardzo dobrze pasuje do dzisiejszej strategii sprzedaży Damiena Hirsta i jego marszanda z White Cube Galery.

Przyjrzyjmy się jak dbają o biznes „For the Love of God”.

Koszty
Po stronie kosztów mamy kwotę 12 mln funtów za materiały, czyli użyte w procesie twórczym diamenty (8601 sztuk). Podobno połowę tej kwoty wyłożył właściciel White Cube – Jay Jopling. Koszty pracy wydają się nieistotne przy tej kalkulacji.

Przychody
Rzeźba – „For the Love of God”, której cena sprzedaży szacowana jest na 50 mln funtów.

Limitowana edycja grafik – 5 wersji, różne nakłady i różne ceny

„For the Love of God, Laugh” – grafika na papierze, 100x75 cm, edycja 250, numerowana i sygnowana. Cena 10 000 funtów

„For the Love of God, Believe” – grafika na papierze, 32,5x24 cm, edycja 2000, numerowana i sygnowana. Cena 900 funtów

„For the Love of God, Pray” – grafika na papierze, 67,2x51 cm, edycja 750, numerowana i sygnowana. Cena 5000 funtów

„For the Love of God, Shine” – grafika na papierze, 100x75 cm, edycja 250, numerowana i sygnowana. Cena 10 000 funtów

„For the Love of God, The Diamond Skull” – grafika na papierze, 100x75 cm, edycja 250, numerowana i sygnowana. Cena 10 000 funtów.

Zakładając, iż cena na grafiki nie zostanie podniesiona w miarę sprzedaży ich nakładu daje to trochę ponad 13 mln funtów. Razem 63 miliony po stronie przychodów.

Brytyjski Guardian, zastanawiał się na swoich łamach, kto mógłby kupić oryginał rzeźby. Wśród potencjalnych kupców wymienia się Paula Allena (współtwórcę Microsoft), amerykańskiego finansistę Stevena Cohena który już ma jedną pracę Hirsta (Physical Impossibility of Death in the Mind of Someone Living); Francoisa Pinault oraz koreańskiego kolekcjonera i fana Hirsta Kim Chang-il’a. Całkiem poważnie mówi się też o Dawidzie Beckhamie, który jest już właścicielem jednej pracy Hirsta (z serii motyli na płótnie) i w ubiegłym miesiącu zatrudnił konsultanta, który ma mu pomóc w budowaniu własnej kolekcji sztuki.

Na pewno wśród nabywców nie będzie znanej aktorki Kirsten Dunst, która na łamach Marie Claire, skarżyła się, iż chciała kupić jedną z grafik Hirsta z serii motyli (cena 35 000 funtów) ale jak się dowiedziała ile kosztuje produkcja takiej grafiki (około 1000 funtów) zrezygnowała.

11 czerwca, 2007

Przedwakacyjne ostatki w Rempeksie i Agrze

Zbliżają się wakacje, a wraz z nimi martwy sezon na rynku aukcyjnym w Polsce. Zanim jednak rozjedziemy na wypoczynek – czekają nas jeszcze dwie aukcje sztuki współczesnej. No, powiedzmy, półtorej aukcji.
Pełna aukcja sztuki współczesnej w DA Rempex 13 czerwca oraz pół aukcji (aukcji sztuki XIX i XX wieku oraz sztuki współczesnej) 17 czerwca w Agrze Art. Na obu tych aukcjach można będzie znaleźć ciekawe prace i tak naprawdę po popycie tuż przed wakacjami przekonamy się, czy faktycznie możemy mówić o zdecydowanym ożywieniu na rynku sztuki współczesnej, czy też nadal są to bardziej pobożne życzenia galerzystów i aukcjonerów.
Rempex swoją ofertę daje pod młotek jako pierwszy – 13 czerwca o godzinie 15 w warszawskiej siedzibie przy ulicy Karowej. Trzeba przyznać, że na tę aukcję dom aukcyjny przygotował dużo atrakcyjniejszą ofertę niż ostatnio.
Można się spodziewać, że hitem aukcji będzie „Interwencja 25” Edwarda Krasińskiego, najbardziej do tej pory efektowna praca tego artysty sprzedawana na aukcjach w Polsce. Dwie poprzednie prace sprzedały się znakomicie w Agrze (za 91 i 134 tysiące PLN). Bardzo ciekawe, do jakiego poziomu teraz dojdą prace Krasińskiego, bo tymi aukcjami osiągnęły już europejskiej ceny na tego artystę.
Ciekawie może też wyglądać aukcja „Aktu na czerwonym tle” z 1969 roku Jerzego Nowosielskiego, który niedawno granicę przebił 200 tysięcy PLN. Cena wywoławcza aktu to 63 tysiące PLN. Bardzo wysoka jest cena wywoławcza pracy w metalu Zdzisława Beksińskiego (160 tysięcy PLN) i raczej można się spodziewać licytacji w dół.
Z artystów średniego pokolenia w Rempeksie będzie można licytować pracę wrocławskiego ekspresjonisty Zdzisława Nitki. Obraz „Przyjaciele” z 1986 roku jest o tyle ciekawy, że wziął udział w słynnej wystawie w BWA w Sopocie „Ekspresja lat 80.”. Cena wywoławcza za obraz Nitki to 12 tysięcy PLN.
W Agrze kolekcjonerzy sztuki współczesnej będą musieli przeczekać licytację obrazów XIX-wiecznych oraz rzemiosła, bo te prace będą sprzedawana jako pierwsze.
Jako pierwszy 17 czerwca (o godzinie 19 w warszawskim Hotelu Bristol) ze sztuki współczesnej licytowany będzie duży assemblage Władysława Hasiora „Rusałka”. Co prawda pochodzi on z mniej ciekawego, późnego okresu twórczości artysty (1990 rok), ale za to cena wywoławcza jest atrakcyjna – 4 tysiące PLN. Mniej atrakcyjna jest cena o dwa lata młodszego aktu Jerzego Nowosielskiego – bo to już 110 tysięcy PLN za obraz o wymiarach 86x46 cm. Po nieudanej aukcji w Rempeksie „Okna” Jana Lebensteina trafiły do Agry – teraz uboższe o 5 tysięcy PLN (wywoławcza 35 tysięcy PLN).
Będą też do kupienia prace Leona Tarasewicza (z 1993 roku) za 14 tysięcy PLN, Jarosława Modzelewskiego ("Pilnowanie wystawy" z 1986/87 za 30 tysięcy PLN oraz Pawła Susida (dwuczęściowe, bardzo oszczędne lingwistycznie „Kościoły” z 1987 roku) – za 6 tysięcy PLN.
Zobaczymy, czy wystawa w Galerii aTAK pomoże w sprzedaży pasteli Wojciecha Fangora. Cena wywoławcza to 11 tysięcy PLN. Szkoda, że zniknęła z oferty praca profesora Grzegorza Kowalskiego, twórcy słynnej „Kowalni”. Nie przypominam sobie, by praca tego artysty pojawiła się kiedykolwiek na aukcji. Będziemy musieli jeszcze na to poczekać.

Na zdjęciach: Edward Krasiński, Interwencja 25, 1975; Zdzisław Nitka, Przyjaciele, 1986; Jerzy Nowosielski, Akt, 1992; Paweł Susid, Kościoły, 1987.

08 czerwca, 2007

Ja nie żyję z fotografii artystycznej - rozmowa z Pawłem Żakiem

Zacznijmy od Twojego ostatniego projektu „Album rodzinny”. Pomysł nie nowy, portretować rodziny w specjalnym studiu…

Pomysł nie jest oryginalny, ale nie chodziło mi o oryginalność. Wydaje mi się, że trochę musimy wrócić do korzeni fotografii, do jej początków, czyli do fotograficznego atelier.
Już wcześniej robiłem podobną rzecz, trzy lata temu sfotografowałem mieszkańców ulicy Brzeskiej w Warszawie. Tam wystąpiłem jako fotograf uliczny, który rozstawia swoje atelier i zaprasza mieszkańców do zdjęć. Portrety rodzinne swojej rodziny i naszych przyjaciół tworzę też już od kilku lat.
Dodatkowo „Domoteka”, z którą współpracuje moja galeria Luksfera, szukała pomysłu na coś, co zwróciłoby uwagę na to miejsce.
To nie jest projekt artystyczny, ale społeczny. O obecności fotografii w naszym życiu codziennym i odświętnym.

No właśnie odświętnym. Te święta to dziś głównie komunie i śluby…

To prawda. Ale dzisiejsza fotografia ślubna jest tak nieprawdopodobnie sztuczna, że nie rozpoznałem na zdjęciu własnej siostry. Ta oderwana od rzeczywistości stylizacja, to napuszenie, sprawiają, że ta fotografia nie oddaje tak naprawdę istoty tych wydarzeń.

Z drugiej strony ludzie dziś fotografują się powszechnie i łatwo. Wszędzie i cały czas. Ale gdy okaże się, że potrzebują zdjęcia dla rodziny, to wszystkie są albo z piwem w ręku, albo w kąpielówkach, albo w kapeluszu na wakacjach, albo malutka postać, a w tle cała wieża Eiffla. Nie mamy prawdziwych zdjęć. A ja z przyjemnością oglądam fotografię XIX wieczną. Zupełnie mi obcy ludzie, inne stroje, pewna sztuczność wymuszona też techniką, konwencjonalność – ale mimo to coś w nich jest. Chyba to zatrzymanie czasu, świadomość szczególnego momentu.

Kto przyszedł do Domoteki? Przypadkowi „zakupowicze”, czy też osoby, które się, tak jak ja, dowiedziały o projekcie „z ogłoszenia”?

Łącznie było około stu rodzin. Na pewno duża część była przypadkowa. Ale przynajmniej o kilkunastu rodzinach wiem, że specjalnie przyszykowały się na tę okazję i przyjechały na sesję. Chcieli mieć moją fotografię rodzinną, taką samą, jak ich rodzice czy dziadkowie.

Przez te dwa dni cały czas pracowałeś…

Nie miałem właściwie żadnej przerwy.

Jak ludzie reagowali?

Bardzo sympatycznie. Przyjąłem taką zasadę, że nikogo nie namawiam. Kilka sytuacji było takich, że – żona i dzieci tak, a ja to nie. Wtedy starałem się zachęcić, że ma to jednak być portret rodzinny. Ale nic na siłę.
Nie było też żadnej selekcji. Każdy, kto chciał, mógł się sfotografować. Każdego też pokazałem na stronie internetowej Luksfery. Nie ma ciekawych i mniej ciekawych ludzi – to też jest jedno z założeń projektu. To bardzo „demokratyczny” projekt.


A jak chcesz go kontynuować?

Wiem co chciałbym robić, nie bardzo mam koncepcję, jak to zrealizować od strony finansowej. Koszta nie są małe, między innymi dlatego że założeniem projektu jest, że każdy uczestnik otrzyma jako pamiątkę fotografię. Dla mnie ważny jest ten gest wymiany, że coś po tym szczególnym momencie zostaje wśród osób fotografowanych.
Na pewno chciałbym pójść w „inne miejsca”. Centrum handlowe, szczególnie w Warszawie, to miejsce dość specyficzne.

To trochę wyszedł portret „nowej Warszawy”…

Dokładnie. A ja chciałbym ten projekt poszerzać w stronę innych grup społecznych, innych miast, wsi i trochę innych kontekstów. Myślę też o takich okazjach, jak odpusty, niedzielne msze – takie sytuacje, które sprawiają, że ludzie są razem, są trochę, albo bardzo odświętnie ubrani. Zwłaszcza myślę o wyjściu w stronę wsi, małych miasteczek. Może zacznie się z tego wyłaniać obraz całego społeczeństwa. Jakiś tam, oczywiście…
Te zdjęcia pojedynczo nie są jakieś szczególne. One tworzą wartość dla odbiorcy w swojej masie. Może pojawiłyby się różnice między regionami, nie mówię tu o folklorze – stroju góralskim, ale na przykład o hierarchii w rodzinie. Tu w Warszawie mamy dość dużą swobodę, ale na pewno są miejsca w Polsce, gdzie ta hierarchia jest niemal automatyczna. Mówię tu o sposobie odnoszenia się do rodziców, starszych…W Warszawie zdarzały się sytuacje, że dzieci siadały, a rodzice stawali.

Pewnie w bardziej tradycyjnych regionach byłoby to trudne do zaakceptowania.

Nie chcę zbyt dużo myśleć, co będzie, jakie różnice się ujawnią. Ale chciałbym to zobaczyć.

Album?

Jakby się okazało, że ten materiał jest interesujący, to może. Ale pewnie ze wstępem, esejem jakiegoś zaprzyjaźnionego socjologa czy kulturoznawcy. Ale to na razie tylko marzenie, bo nie wiem, kto mógłby mnie wesprzeć finansowo w tym projekcie.

Ta praca nie przeszkodziła Ci w pracy nad Twoimi pozostałymi projektami?

Nie, nie przeszkodziła. Ten „Album rodzinny” jest takim projektem obok mojej normalnej działalności artystycznej. Ja tu nie uważam się za artystę, bardziej za człowieka, który ma ochotę zrobić coś społecznego. To mnie bardzo zbliża do ludzi, bardzo sobie cenię te chwile, te krótkie spotkania.
Dlatego nadal pracuję nad dwoma projektami – zaskakującym dla mnie samego „kolorowym” projekcie pokazującym „pejzaże miejskie” oraz nad unikatowymi fotografiami kwiatów robionymi na kilkudziesięcioletnim papierze.
Ten pierwszy projekt też zaczął się od zlecenia – od firmy Pilzner Urquell. Ta firma zwróciła się do kilku artystów o fotografie, które by opisywały miasto. Sposób był dowolny, ale wystawa miała być pokazana w przestrzeni miejskiej w formie wielkoformatowej. Profesor Wojciech Prażmowski, który był opiekunem artystycznym tego projektu, zaproponował między innymi mnie i tak się to zaczęło. Wiedziałem, że muszę trochę inaczej niż do tej pory pokazać rzeczywistość, choćby ze względu na to, gdzie i jak będzie pokazywana.


Tak powstały puste przestrzenie miejskie?

Początkowo to się wzięło z ograniczeń, że nie bardzo można pokazywać ludzi, kiedy pojawia się kontekst alkoholu, ale potem te puste pejzaże zaczęły mnie wciągać. Pierwotnie nie planowałem koloru, jednak kiedy zobaczyłem jak bardzo inny jest kolor nocy, jak nierzeczywisty to nie mogłem, i już nie chciałem go odrzucać. Miałem też pozytywną odpowiedź z Muzeum Sztuki w Łodzi, które zaprosiło mnie na wystawę „Miasto nie moje” właśnie z tymi fotografiami.

A seria kwiatów?

Z kwiatami jest tak, że jest to taki projekt, który nie będzie miał swojego końca. To jest taka rzecz jak rysowanie, szkicowanie czy malowanie. Ciągle wracam do tych samych motywów. Tak dla siebie. Nie ma tu mowy o rozwoju, dążeniu do czegoś…Tak ten projekt dziś wygląda. Od czasu do czasu coś z tego zrobię…


A masz jeszcze zapas starego papieru, który jest istotnym elementem tego projektu?

Jeszcze go mam. Trochę się oczywiście niepokoję, co będzie dalej. Ale zobaczymy….

A „Opowieści” zamknąłeś już definitywnie?

„Opowieści” chyba zamknąłem. Zostało mi po „Opowieściach” sporo szkiców, więc teoretycznie mógłbym do nich wrócić, ale jakoś tego nie robię. Więc chyba już skończyłem ten projekt. Oczywiście trochę też się boję maniery, więc to już chyba koniec.
Chętnie będę opowiadał takie historie, które mają więcej literatury, niż inne moje prace, ale może innym językiem.

Raczej myślę o nowych projektach, bo mam nadmiar pomysłów. Na dodatek są to rzeczy dość inne od tego, co do tej pory robiłem…

Czy w Polsce można żyć z fotografii artystycznej?

Ja nie żyję z fotografii artystycznej. W ostatnich dwóch, trzech latach ten dochód jest na tyle znaczący, że już go wyraźnie widzę. Jest „górką” ponad to, co wydaję na fotografię. W mojej sytuacji pięcioosobowej rodziny, to nie wystarczy. Może, jakbym był sam, to na skromne życie by wystarczyło.

Od wielu lat mówi się o potencjale, jaki tkwi w rynku fotografii w Polsce. Co trzeba zrobić, by to zaklinanie się spełniło? Czekać?

Ja myślę, że są dwie kwestie. Po pierwsze wciąż rynek fotografii w Polsce jest bardzo płytki. Krótko mówiąc, mamy bardzo wąską klasę średnią, która na Zachodzie kupuje fotografię. Po prostu nasze społeczeństwo jest zbyt ubogie i na zmianę tej sytuacji trzeba poczekać. Druga rzecz – to uporządkowanie świadomości – jeśli fotografie mają być przeznaczone na rynek do sprzedaży, to powinny być wykonane w technologiach gwarantujących trwałość, a po drugie powinny mieć opisane nakłady. Nie powinno być galerii czy domów aukcyjnych, które zgadzają się na sprzedaż fotografii niewiadomego pochodzenia i bez jakichkolwiek opisów, czy też prac, które za kilka lat się rozpadną.

Na pewno też poważnym problemem jest odcięcie naszego rynku fotografii od europejskiego rynku fotografii. Polskie galerie fotograficzne robią co mogą, ale chyba jeszcze niewiele mogą. Wyjście na zachodni rynek wiąże się z takimi kosztami, że przy braku znaczących dochodów ze sprzedaży w Polsce te galerie nie mają z czego inwestować. Na przykład moja galeria, Luksfera, przymierzała się do wzięcia udziału w targach Paris Photo, ale są to takie koszty, że po prostu musiała zrezygnować.

Dalej klienci pytają się Ciebie, dlaczego fotografie są takie drogie? Przecież wyprodukowanie fotografii kosztuje maksimum kilkadziesiąt złotych…

Coraz mniej jest takich pytań. Chyba nawet się skończyły. Mam wrażenie że jak ktoś do mnie przychodzi, to już coś wie o fotografii. W ogóle wiedza na temat fotografii artystycznej, choć nadal słaba, to jest coraz lepsza.

Kto kupuje Twoje fotografie?

Mam wrażenie, że właśnie polska klasa średnia, która dojrzewa już do tego, by jakąś sztukę mieć w domu. Nadal są to osoby, którym moja fotografia się podoba. Mniej jest takiego myślenia o początku kolekcji, nazwiskach, które chciałbym/chciałabym mieć.
Coraz częściej kupują, i to mnie bardzo cieszy, młodzi ludzie, którzy zrzucają się na prezent – ślubny czy urodzinowy.

Wierzysz, że w Polsce powstanie prawdziwy rynek fotografii?

Myślę, że tak. Pytanie tylko o perspektywę czasową. I być może nie jest to perspektywa mojego pokolenia.

Na zdjęciach: Paweł Żak - Album rodzinny; Mieszkańcy Brzeskiej; Bez tytułu (Kwiaty); Pejzaż miejski; Opowieści; Bez tytułu (Kwiaty).

06 czerwca, 2007

Obraz Sasnala w Phillips de Pury w Londynie


Tak jak już pisaliśmy tutaj na londyńskich aukcjach w czerwcu w Christie’s i Sotheby’s będą licytowane prace Wilhelma Sasnala i Rafała Bujnowskiego. Jako ostatni swój katalog opublikował trzeci wielki dom aukcyjny Phillips de Pury & Co, który aukcję sztuki współczesnej w stolicy Wielkiej Brytanii zaplanował na 22 czerwca.
Również i tam będzie polski akcent – praca Wilhelma Sasnala „Unititled (group of monkeys)” z 2002 roku. Wyraźnie widać, że powoli kończy się „źródełko”, którym na światowe aukcje „spływały” wczesne prace Wilego. Teraz coraz częściej pojawiają się prace nowsze, dużo też lepsze – takie, jak choćby właśnie obraz grupy małpiatek.
Obraz, mimo niewielkiego formatu (27x27 cm) ma dość wysoką wycenę 30-40 tysięcy funtów (168-224 tysiące PLN). Ale obraz jest bardzo dobry, znany i raczej powinien znaleźć nabywcę. Jedynym problemem może być poważne uszczuplenie portfeli kolekcjonerów na targach Art Basel, które odbędą się od 13 do 17 czerwca.

Na zdjęciu: Wilhelm Sasnal, Untitled (group on monkeys), 2002.

05 czerwca, 2007

Granice Sztuki, Granice Pasji

Dużo emocji w świecie i na rynku sztuki wzbudziły informacje o prezentacji diamentowej czaszki Hirsta. Wszystkim komentatorom sprawiało trudność określenie podstawowej rzeczy – czy mamy do czynienia z dziełem sztuki, czy też z produktem dyktatu konsumpcji i rynku sztuki.

Reakcje były różne – niektórzy „przerywali” pisanie bloga aby donieść o tym wydarzeniu, inni publikowali krótką notatkę, że mają to głęboko w nosie. Tak czy inaczej Hirst chyba dopiął swego. Stworzył dzieło, które wyzwala emocje i zmusza nas do określenie naszego własnego zdania na jego temat. Może za kilkanaście lat stanie się to momentem przełomowym? Może momentem przesilenia na rynku sztuki i wielu z nas będzie wspominało, gdzie było i co robiło, jak dotarła do nich ta wiadomość?



Interesujące jest, kto będzie tą osobą (czy też może instytucją), która zdecyduje się na kupno tej pracy. Pomijając aspekt finansowy takiego zakupu, bardzo łatwo można równie zostać uznanym za „kolekcjonera wizjonera”, jak i „kolekcjonera łosia”, który dał się złapać z „czarnym Piotrusiem” w rękach.

W tej grze Damien Hirst umiejętnie podbija stawkę już od kilkunastu lat. Czy ktoś z nas pamięta jeszcze czasy rekina czy owcy w formalinie? Wtedy też zadawano pytanie czy przekroczono granice sztuki. Wiele osób dystansuje się od tego, wskazując na rynek i na kolekcjonerów jako na stwórców dzisiejszych książąt w sztuce i ostrzega, że za kilkanaście lat niewiele z tego zostanie.

Wydaje się, że bardzo na miejscu była sugestia na jednym z forum, iż dla tej pracy najlepszym miejscem byłaby posiadłość jednego z południowoamerykańskich bosów mafii narkotykowej…

Kapitalnym komentarzem do tej sytuacji jest praca amerykańskiej artystki konceptualnej Andrei Fraser, która w 2003 roku, poprzez swoją agentkę, wynajęła jednego z kolekcjonerów swoich prac do odbycia stosunku seksualnego przed kamerą. Powstała w ten sposób praca wideo (bez tytułu) ukazująca kolaborację artysty z kolekcjonerem i wymianę na „rynku sztuki”. Ze swoje usługi artystka zażądała od kolekcjonera kwoty 20 tysięcy dolarów (kwota niepotwierdzona), a kolekcjoner otrzymał kopię (jedną z pięciu) tej pracy.



Damien Hirst szokuje wszystkich, bo umiejętnie gra na emocjach – na blichtrze, chciwości, ale i na chęci intelektualnej przygody.



Na zdjęciach – Damien Hirst ze swoją pracą (za Art News Blog) oraz fragment pracy Andrei Fraser (za artnet.com).



04 czerwca, 2007

Organizatorzy aukcji na rzecz fundacji "Dzieci niczyje" chcą zwracać prowizje

A jednak ktoś nas czyta! I nawet zareagował na informacje o pobieraniu 10% prowizji od klientów ostatniej aukcji charytatywnej na rzecz fundacji „Dzieci Niczyje” w CSW na Zamku Ujazdowskim w Warszawie w ubiegły piątek (1 czerwca).
Otrzymaliśmy informacje, że przedstawiciele domu aukcyjnego Desa Unicum, który był jednym z organizatorów tej aukcji, zaczęli informować telefonicznie klientów, którzy wylicytowali prace, o możliwości zwrotu tejże prowizji.
Przypomnijmy, że informacji o prowizji nie było w katalogu aukcyjnym, a mimo to była ona pobierana przy płaceniu za prace. Organizatorzy tłumaczyli, że również ona miała trafić na konto fundacji.
Do akcji włączył się również artblox, który z kolei skrytykował nie do końca jasne zasady przeznaczenia pieniędzy z wylicytowanych prac.
Bardzo cieszymy się, że organizatorzy zorientowali się, że popełnili błąd nie informując licytujących o konieczności zapłacenia prowizji i teraz z tej decyzji się wycofują. Mamy nadzieję, że następne aukcje charytatywne będą organizowane w pełni profesjonalnie i obędzie się bez takich niejasnych sytuacji. W końcu cel organizacji jest naprawdę szczytny i pieniądze zebrane w ten sposób pomagają wielu naprawdę potrzebującym.

Machina w ruch, gorączka tłumów, czyli debiut rzeźby Damiena Hirsta


Brytyjski artysta Damien Hirst, który zasłynął instalacją rekina w formalinie (praca The „Physical Impost-Ibility of Heath In the Mind of Someone Living” z 1991 roku – należąca do kolekcji Steve Cohena), wywołał kolejną sensację. Na swojej solowej wystawie w londyńskiej galerii White Cube pokazał najdroższą rzeźbę świata – wycenianą na 100 milionów dolarów platynową rzeźbę czaszki inkrustowaną brylantami.
„To najdroższe dzieło sztuki, jakie kiedykolwiek zostało wyprodukowane” – napisali organizatorzy wystawy w komunikacie prasowym, na wypadek, gdyby ktoś tego nie zauważył.
Rzeźba nazywa się „For The Love Of God” i jest odlewem XVIII-wiecznej czaszki inkrustowanej 8.601 brylantami. Według organizatorów wystawy i samego artysty, zostały zakupione od dealerów, którzy nie kupują kamieni z miejsc ogarniętych konfliktami zbrojnymi (tzw. „ethically-sourced diamonds”).
Jak zwykle przy prezentacji prac Hirsta, machina PR-owa rozpętała niesamowitą kampanię propagandową, której efektem jest prawdziwa „gorączka” wokół tej wystawy. Wszystkie weekendowe bilety na wystawę Hirsta, na której można też zobaczyć inne prace najbogatszego brytyjskiego artysty (w tym, bardzo wzruszającą, jak napisał angielski „The Guardian”, serię obrazów powstały na podstawie zdjęć polaroidowych z narodzin syna artysty, który przyszedł na świat w wyniku operacji cesarskiego cięcia), zostały już zarezerwowane. W dni powszednie można jeszcze dostać się na tę wystawę, która potrwa do 7 lipca. W sali, gdzie znajduje się rzeźba Hirsta można przebywać maksymalnie 5 minut.
Ciekawi dziennikarze, zapytali oczywiście Hirsta, jaka będzie jego następna praca. On, z właściwym sobie humorem odpowiedział: „Dwa inkrustowane brylantami kopulujące kościotrupy”.
Na zdjęciu: Damien Hirst, For The Love Of God, 2007.

02 czerwca, 2007

Pogoda dopisała, kolekcjonerzy też


Pogoda dopisała, kolekcjonerzy przyszli, wszystkie licytowane prace zostały sprzedane – to efekt piątkowej aukcji na rzecz fundacji „Dzieci niczyje”, która odbyła się na dziedzińcu Zamku Ujazdowskiego w Warszawie. Bardzo przyjemnie było licytować prace pod gołym niebem, a wieczorny chłód trochę studził rozpalone głowy licytantów.
O kilka prac stoczono prawdziwą bitwę, kilka prac przeszło zupełnie niezauważonych. Najwyższą cenę – 6600 PLN osiągnęła „op-artowska” akwarela Jana Tarasina. Bardzo dużym powodzeniem cieszyły się też szablony Twożywa. O ich niewielką pracę (53x53 cm) na papierze „To pole” toczono naprawdę zaciekły bój zakończony na poziomie 4600 PLN – najwyższej cenie na „papierową” pracę Twożywa na aukcjach. Druga praca duetu Libel-Sidorek „Wiewiórka” – nie wywołała już takiej euforii i doszła do 2.300 PLN.
Dobrze też sprzedały się prace Marka Sobczyka „Seksreligiapol” (cena 4600 PLN) i Izabelli Gustowskiej (4800 PLN). Brakiem profesjonalizmu była jednak prezentacja pracy na papierze Gustowskiej. Nie oprawioną pracę tej artystki podczas zaciętej licytacji trzymały dwie osoby gnąc ją, zapewne z emocji, niemiłosiernie. Współczuję właścicielowi tej pracy.
Dobrze sprzedała się też bardzo urocza „wycinanka” Jarosława Modzelewskiego, która osiągnęła poziom 2200 PLN. Fotografia Pauliny Ołowskiej doszła do poziomu 1600 PLN. Z wyższych sprzedaży warto jeszcze odnotować płótna Agnieszki Kieliszczyk i Marii Kiesner, których prace sprzedały się po 2000 PLN. Natomiast rysunki Marka Raczkowskiego sprzedały się w cenach od 650 do 750 PLN.
Na koniec jeszcze uwaga do organizatorów. Przy płaceniu za prace okazało się, że do wylistowanej ceny trzeba dopłacić jeszcze 10%. Powoływano się na regulamin, który miał być wydrukowany w katalogu. Sprawdziliśmy – w katalogu regulaminu nie było. Gdzie można go było przeczytać – nie wiem. Całe szczęście, jak nam powiedziały osoby przyjmujące płatności, również i te 10% ma trafić do fundacji.
Na zdjęciach: Jan Tarasin, Fala V, 2003; Twożywo, To pole, 2007.

01 czerwca, 2007

Jestem takim fotografem rysunkowym - rozmowa z Mariuszem Tarkawianem

Zacznijmy od najnowszych wydarzeń, od Twojego udziału w Viennafair. Skąd pomysł rysowania na targach?

Pomysł ten był przygotowany już dawno. Jest on bardzo zbieżny z moją drogą twórczą. Był to bardzo prosty pomysł i łatwy do zrealizowania – przyjeżdżam z ołówkiem i rysuję. Wydaje mi się, że było to kwestią czasu. Rysuję w wielu miejscach i przy wielu okazjach i bardzo chciałem narysować targi. Wcześniej zresztą miałem pomysł, aby pojechać do pracowni wielu słynnych artystów i tam coś narysować. Targi są interesującym wydarzeniem, bardzo wiele tam się dzieje…

Co ciekawego, wartego rejestracji na papierze, działo się na targach?

Dużo zwykłych sytuacji – na przykład ktoś kogoś pyta się o cenę, atmosfera targowiska czy bazaru, samo przygotowywanie wystaw, montowanie, ustawianie tego wszystkiego…



Mówisz o wrażeniach - Viennafair to bardziej święto sztuki czy targowisko sztuki?

Były to pierwsze moje targi. Z jednej strony jest trochę targowiska – szczególnie podczas montażu, wszyscy się spieszą, patrzą wilczym okiem na innych, co oni przywieźli, co pokażą. Może to sprawiać wrażenie bazaru. Z czasem zaczęło to nabierać pewnego blasku i zamieniać się w coś bardziej wartościowego. Było widać po ludziach – ładnie ubrani, poważni i uśmiechnięci, zainteresowani sztuką. Bardzo duże tłumy ludzi uświadomiły mi, że nie jest to zwykły bazarek, tylko coś większego.

Jak rysowałeś, jak byłeś odbierany?

Ludzie do mnie podchodzili, zaglądali przez ramię. Były bardzo spontaniczne reakcje, pytali co ja robię. Program (galeria reprezentująca artystę) dał mi pustą ścianę, na której zacząłem zawieszać obrazki. Jak już ich było 20 -30, to dopiero zostałem skojarzony z tą osobą, która łazi i rysuje. To chyba zaskoczyło podczas drugiego, trzeciego dnia. Jak ludzie zobaczyli „moją ścianę”, to podchodzili, zaczynali czytać, podchodziła asystentka i opowiadała o projekcie. Miałem też takie przyjemne sytuacje, jak to z pewną modelką z Serbii, która pracowała jako asystentka. Narysowałem ją na jednym z rysunków. Został on sprzedany. Narysowałem drugi rysunek i napisałem na nim, że jest to najpiękniejsza kobieta na targach. Podczas ostatniego dnia Marcin (właściciel Galerii Program) pokazał jej ten rysunek. Ona się tym zachwyciła i poczuła dumna, że uznano ją za najpiękniejszą. Chciała kupić tą pracę, ale nie miała pieniędzy, więc podarowałem jej ten rysunek. Podziękowała mi, a za jakiś czas wróciła i wręczyła album z fotografią erotyczną. Ona też była w tym albumie. W środku odbiła swoje usta z dedykacją dla mnie. Było to bardzo miłe. Inna ciekawa sytuacja - obok nas wystawiała pewna galeria wiedeńska, gdzie też był młody artysta rysownik. Zrobiliśmy mały performace. Rysowaliśmy siebie nawzajem. Taki mały pojedynek. Na koniec wręczyliśmy sobie prace. To też było bardzo sympatyczne. Taki gest.



Ile rysunków przygotowałeś?

106. Od montażu wystawy do ostatniego dnia.

Masz problemy z narysowaniem pierwszego rysunku czy też przychodzi ci to automatycznie?

Problemem jest tylko decyzja wyboru kadru. Jak coś mi się spodoba, jakaś sytuacja, to od razu zaczynam rysować.

Działasz jak fotograf…

Dokładnie. Idziesz i szukasz motywu. Jestem takim fotografem rysunkowym.

Czy odtwarzasz pewne sytuacje z pamięci?

Raczej nie. Staram się wszystko rysować na bieżąco. Czasami coś później dorysuję, jakąś rękę czy coś takiego, ale najczęściej tego nie robię. Lubię takie pourywane rysunki.

Widziałem, że korzystasz z różnych formatów kartek, często już lekko zużytych, starych…

Tak. Cykl w poszukiwaniu sztuki jest na mniejszych papierach, rysuję też rysunki w formacie znaczka pocztowego, które są bardzo erotyczne. Może kiedyś to pokażę w bardzo dużej ilości - 200 lub 300 sztuk.

Będą pokazane w klaserze?

Być może… Bardzo dobry pomysł…


Skąd pomysł cyklu „ W poszukiwaniu sztuki”?

Pomysł powstał jednego wieczoru, 14 listopada ubiegłego roku (2006). Po 21 przeglądałem Arteon, zobaczyłem tego rekina w formalinie (praca Damiena Hirsta), narysowałem go i tak narodziła się idea.

Czyli rekin w formalinie Hirsta rozpoczął cały cykl?

Tak. Każdy rysunek jest numerowany. Kolejność i czas ma tu znaczenie.

Skąd przerysowujesz prace?

Z różnych źródeł, źródeł czasopism, z Taschena, z Internetu, z natury… Na przykład podczas ostatniej wystawy w Zachęcie robiłem rysunki z natury, w tym kadry filmów.

Twój ulubiony artysta, jakiego przerysowujesz?

Nie ma takiego, lecz jeśli przerysowałem więcej niż dwie prace jednego artysty, oznacza to, że cenię jego twórczość.

Jeśli miałbyś wybrać jedną pracę, jaka jest ikoną współczesnej sztuki to byłoby to…

Może byłby to rekin Hirsta, jako, że był pierwszy.

Jak długi będzie to projekt?

Na razie planuje 1000 rysunków. Później zdecyduję, co będzie dalej. Cały czas oczywiście robię inne rzeczy. Ale liczby mają tu pewne znaczenie. Kiedyś powiesiłem 550 rysunków na wystawie i stwierdziłem, że to jeszcze za mało.


Gdzie to pokazałeś?

W Lublinie w Centrum Kultury na wystawie Młoda Fala. Teraz szykuję uderzenie na Poznań. 15 czerwca na wystawie „Nazajutrz, Nazajutrz” w Centrum Sztuki Zamek. Mam nadzieję, że będzie ich tam naprawdę dużo.

Wiemy, że planujesz założyć firmę zajmującą się rysowaniem rzeczywistości?

Jest to taki projekt artystyczny – jeśli są osoby, które chciałyby uwiecznić pewne wydarzenie i wynająć mnie zamiast kamerzysty czy fotografa, to ja jestem gotów przyjąć takie zamówienie. Może to być wesele, pogrzeb, narodziny w szpitalu, obrona pracy dyplomowej. Miałem już dwa zamówienia – wesele bliskiego znajomego oraz w pewnym domu rysowałem ostatnie chwile przed porode). Zaproszono mnie do mieszkania, dostałem obiad i ja to rysowałem. Były bardzo dobre kotlety mielone… Mam zamiar to kontynuować. Jest to bardzo spójne z tym, co robię i jest to też bardzo ciekawe doświadczenie

Ale niesamowita „totalność” rysowania…

Tak rysowania, potem może malowania.

Czyli zamierzasz potem spróbować innych mediów?

Nie chcę zostać tylko przy rysunku. Można robić wiele dobrych rzeczy w różnych mediach. Zacząłem też malować i próbować tutaj swoich sił.

Łatwo ci przychodzi malowanie? Czujesz się tak swobodnie, jak przy rysunku?

Mam z tym trochę problemów. Wiem czego chcę. Muszę dużo pracować. Moje rysowanie jest bardzo reporterskie. W malarstwie chciałbym pokazać podobną ideę. Potrzebuje czasu aby uzyskać pożądany efekt.

Debiutowałeś w Galerii Białej w Lublinie, ale podobno trafiłeś tam przez przypadek.


Tak. Podczas jednej z wystaw zapisałem się tam jako wolontariusz do pomocy. Po kilku dniach zacząłem rysować to, co się dzieje i tak to się zaczęło. Potem dowiedziałem się, że podobne rzeczy robiła też Pola Dwurnik. Miałem z tym pewien problem, jednak teraz skupiam się na różnicach w naszej twórczości

Jak trafiłeś do Galerii Program?

Trochę przez przypadek. Kiedy Program miał promocję kostki (artcube) w Lublinie, rysowałem całe to wydarzenie. Oni zobaczyli te prace i po kilku miesiącach zadzwonili do mnie.



Warszawa 19 maja 2007

Na zdjęciach - rysunki dokumentujace naszą rozmowę, powstałe podczas spotkania.

31 maja, 2007

Sasnal w Sotheby's, Bujnowski w Christie's

Wiemy na razie o ofercie dwóch domów aukcyjnych, Sotheby’s i Christie’s, dotyczącej czerwcowych aukcji sztuki współczesnej w Londynie. W Sotheby’s będzie można licytować znany obraz Wilhelma Sasnala, który kiedyś można było podziwiać w ofercie na stronie Rastra. Natomiast w Christie’s obraz Rafała Bujnowskiego z bardzo poszukiwanej serii „Bliźniaki”. Licytacja obrazu Sasnala to już norma (łącznie licytowano już w wielkich domach aukcyjnych ponad 30 prac tego artysty), natomiast Rafał Bujnowski również stopniowo buduje swoją pozycję na rynku sztuki. Będzie to licytacja „numer 4” prac artysty z Wadowic w wielkich domach aukcyjnych.
Obraz Wilhelma Sasnala „Untitled”, przedstawiający statek kosmiczny, pochodzi z 2001 roku. Ma wymiary 65,5x75 cm i estymację na poziomie 18-25 tysięcy funtów (100-140 tysięcy złotych). Jak już pisaliśmy, to znana praca Sasnala, przez kilka lat wisząca na stronie Galerii Raster. Obraz oferować będzie dom aukcyjny Sotheby’s na aukcji 22 czerwca.
Natomiast obraz Rafała Bujnowskiego pochodzi z serii „Bliźniaki”. Namalowany w 2003 roku i sprzedany do, jak napisało Christie’s, „europejskiej kolekcji” przez monachijską galerię Ruediger Schoettle, ma estymację 6-8 tysięcy funtów (33-45 tysięcy złotych). Obraz ma wymiary 51x74,5 cm. Poprzedni obraz Bujnowskiego, sprzedany w Londynie jesienią ubiegłego roku, pochodził z serii „Śnieg” i osiągnął cenę 4.800 funtów.

Możliwe, że na londyńskich aukcjach pojawią się też inne „polskie” prace, gdyż katalogu nie opublikował trzeci dom aukcyjny Phillips de Pury & Co., który regularnie sprzedaje prace młodej polskiej sztuki.
Na zdjęciach: Wilhelm Sasnal, Untitled, 2001; Rafał Bujnowski, "Bliźniaki", 2003.

30 maja, 2007

Śmieci w sztuce, Śmieci na rynku sztuki

Czy jedna czerwona kropka i podpis wystarczą, aby z nic niewartego obrazu zrobić obiekt pożądania kolekcjonerów sztuki?

Tak.

Kropka nie ma znaczenia , jej kolor też nie. Znaczenie ma -kto się pod tą kropką podpisał…

Przeglądają dostępne w Internecie materiały na temat aukcji „śmieci” Bacona, o czym pisaliśmy tutaj i czym zdenerwowaliśmy jednego Pana, znaleźliśmy ciekawą historię. Przyjaciel Damiena Hirsta miał w posiadaniu portret Stalina pochodzący jeszcze z czasów stalinizmu. Postanowił pozbyć się tego „działa sztuki” i przyniósł rzeczony portret do domu aukcyjnego Christie. Praca ta została odrzucona przez ekspertów jako niewielkiej wartości artystycznej i finansowej. Hirst., chcąc pomóc przyjacielowi narysował na twarzy Stalina wielką czerwoną kropkę i podpisał prace. Praca ta tym razem trafiła do domu aukcyjnego Sotheby. Tam też została sprzedana za okrągłe 140 tys funtów.


Co za tym zamienia zwykły obiekt w dzieło sztuki – odpowiednia sygnatura.

P.S. Podobną historię kiedyś słyszałem na temat czeków Georga Harrisona – jak wspominał rzadko trafiały one do realizacji do banku gdyż były bardziej warte jako papierek z podpisem ex-beatlesa niż kwota na jaką zostały wypisane.

29 maja, 2007

Ile waży najwazniejszy katalog targowy?

Wielkimi krokami zbliżają się największe targi sztuki współczesnej – Art Basel w szwajcarskiej Bazylei. Rozpoczną się one zamkniętym wernisażem dla największych kolekcjonerów 12 czerwca, a potrwają do 17 czerwca.




Będziemy jeszcze wiele pisali o tych targach w najbliższych tygodniach. Na razie ciekawostka. Internetowy magazyn o sztuce Artinfo.com. zważył katalog z 38. już targów sztuki Art Basel. Wzorując się na corocznym ważeniu wrześniowego magazynu o modzie i stylu życia „Vogue”, którego waga ma stanowić o kondycji przemysłu modowego i odzieżowego, dziennikarze Artinfo.com, postanowili położyć na wagę katalog, który tego roku jest wyjątkowo ciężki.


Waży siedem i pół funta (ponad 3,4 kilograma) – czyli, tyle ile noworodek. To o ponad półtora funta (0,7 kilograma) więcej niż katalog z Art Basel ’06. Nic dziwnego, na targach przybywa nowych galerii, przybywa nowych programów i… artystów. W tym roku w targach Art Basel wezmą udział trzy polskie galerie: Galeria Starmach z Krakowa i Fundacja Galerii Foksal i Galeria Raster z Warszawy.




„Przytył” również katalog z siostrzanych targów sztuki Art Basel Miami Beach, które odbywają się w grudniu w Miami. Ubiegłoroczna wersja ważyła (sami tego doświadczyliśmy) ponad 6 funtów (prawie 3 kilogramy). Ile będzie ważyła w tym roku?



Na zdjęciach: Katalog tegorocznych targów w Bazylei i zeszłorocznych w Miami. Oba do kupienia w cenie około 30 usd na stronach amazon.com